Styl życia

Robisz coś jeszcze oprócz tego?

Mam świadomość, że wiele osób nie do końca rozumie, czym jest praca na własnej działalności gospodarczej, a praca „na swoim” w branży social media to już w ogóle jakaś totalna czarna magia. Nie piszę tego, by kogoś obrazić, czy umniejszyć czyjejś wiedzy, bo założę się, że mi samej brakuje świadomości co do tego, jak wygląda praca w wielu innych branżach. Różnica jednak między nami jest taka, że ja do tego braku wiedzy się przyznaję i nawet nie próbuję udawać, że jest inaczej. W branży social media, wielu jednak próbuje.

„Ale Ty masz fajnie, nie pracujesz, możesz sobie odpocząć”, „Fajne zdjęcia robi ten aparat”, „Też bym tak chciała, tylko napisać wpis – inni muszą na to pracować cały miesiąc na etacie”, „Planujesz wrócić do normalnej pracy?”, „A w ogóle Ci się to opłaca?”. To tylko niektóre z pytań, jakie otrzymałam od bliższych i dalszych osób, zarówno osobiście, jak i zadane z anonimowego konta na insta.

Nasze dzieci też czasem potrafią być bezbłędne 😉 Na pytanie, co robi mama potrafią odpowiedzieć: „Nic nie robi, siedzi na telefonie”. W tym jednak przypadku, myślę, że bardzo ważna jest rozmowa i uświadamianie, na czym moja praca polega. Aleks do niedawna myślał, że wszystkie mamy pracują z domu, skoro ja tak pracuję. Tłumaczę mu jednak (i Oliwce też), że moja praca odbywa się zarówno poprzez komputer, jak i telefon (głównie) i dzięki temu, że to robię, dostaję pieniądze (upraszczając), za które możemy zapłacić rachunki, kupić jedzenie czy zabawki.

Teraz to już mam wrażenie, że nasze dzieci (bądź co bądź pokolenie nieznające świata bez internetu) już na tym etapie swojego rozwoju o wiele lepiej rozumieją specyfikę mojej pracy niż niektórzy dorośli. Czasem wręcz namacalnie boli mnie ten brak zrozumienia tego, co ja właściwie w tym internecie robię. Zdarzyły się komentarze pt. „Tylko niech Mirka tego czasem nie wrzuca do internetu”. W takich sytuacjach ciśnie mi się na usta: „A czy Ty w ogóle kiedykolwiek widziałeś/czytałeś, co ja tam wrzucam?”.

Nie mam w zwyczaju publikować w sieci wizerunku osób, które nie wyraziły na to zgody. Jak każda mama, córka, siostra itp. robię zdjęcia czy nagrywam filmiki w ciągu dnia TAK PO PROSTU. Do rodzinnego albumu, dla uwiecznienia chwili. To, że robię zdjęcie, nie oznacza, że momentalnie znajdzie się w sieci. Procentowo wręcz znacznie więcej zdjęć jednak w tym „rodzinnym albumie” zostaje. Jest naprawdę mała garstka osób (przyjaciółki, najbliższa rodzina), których wizerunek czasem się znajdzie, ale a) one się na to zgadzają, b) są to sporadyczne sytuacje i c) tylko w moich kanałach social media (głównie IGs, które wygasają po 24h).

Ale wiecie, to ZAŁOŻENIE, że skoro robię zdjęcie, to NA PEWNO po to, by je gdzieś udostępnić. To zwyczajnie tak nie działa.

Takich mylnych założeń na temat mojej pracy jest naprawdę wiele. Poczucie, że NIC NIE ROBIĘ, bo „tylko siedzę na telefonie”. Zapewniam, że rozrywkowo czy „dla siebie” naprawdę rzadko z telefonu korzystam. To zdecydowanie bardziej proporcja 90/10 na rzecz pracy. Ja CIĄGLE pracuję. Choć często praca miesza się z życiem prywatnym, bo de facto moja praca polega na pokazywaniu wycinka mojego prywatnego życia, to nagle się okazuje, że właściwie to ja nigdy nie przestaję pracować. Właściwie większość rzeczy, które robię w bezpośredni lub choć pośredni sposób wiążą się z pracą.

Kolejne raniące założenie to takie, że ja MAM ZAWSZE CZAS i dzwonienie/umawianie się w ciągu dnia. Owszem, może i MAM CZAS w ciągu dnia, ale jeśli poświęcę ten czas na sprawy prywatne, to będę musiała swój czas prywatny wieczorem odebrać mojej rodzinie i poświęcić go na pracę. Na Tik Toku trafiłam jakiś czas temu na takie zdanie: „To, że masz wolny czas, nie oznacza, że jesteś dostępna.” (ang. „Just because you have free time, doesn’t mean you are available”). I właśnie tak sobie tłumaczę specyfikę mojej pracy. Nie zrozumie tego jednak nikt, kto takiej nigdy nie wykonywał.

 

 

Kolejne założenie i poniekąd wbita szpilka to stwierdzenie: „I tyle zarobiłaś TYLKO za to?”. Powiedzmy to sobie raz na zawsze: to, co mi wpływa na konto firmowe to tylko PRZYCHÓD. PRZYCHÓD nie równa się DOCHÓD. Już w ogóle totalnie pomijam kwestię darmowego dzielenia się treściami przez lata, budowania swojej marki osobistej i społeczności w sieci… Ale szczerze smuci mnie, że tak mało osób wie, czym są koszty i jak funkcjonuje system podatkowy. Mówiąc bardzo prosto: od kwoty, którą ja dostaję na konto, muszę odprowadzić podatek VAT (23%), podatek dochodowy (u mnie to 17%), składki ZUS (w zależności od dochodu) i opłacić innego rodzaju koszty stałe, które wiążą się z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Nie umiem też szybko odpowiedzieć na pytanie: „Ile zarabiasz?” czy „Ile zarobiłaś w minionym miesiącu?”. Poza tym, dla mnie koszty i „zarobki” to nie tylko te materialne, namacalne. Podczas jednej z sesji psychoterapeutycznej omawiałyśmy technikę analizy argumentów uwzględniającą bilans zysków i strat. I to było serio dla mnie totalne olśnienie. Okazuje się, że poza standardową tabelką pt. plusy i minusy (u mnie to była praca na etacie vs. własna firma), ważne też jest dokonanie oceny znaczenia czy też „ważności” każdego z elementów.

U mnie, pomimo, że ilość plusów i minusów zarówno na korzyść pracy na etacie, jak i samozatrudnienia była podobna, to ich owa ważność była DIAMETRALNIE różna. W pracy na etacie stanęłam na -16 punktach, przy samozatrudnieniu na +27. Dla mnie to był totalny mindfuck. W sumie 43 pkt różnicy na korzyść pracy na swoim. Reasumując i wracając do głównego tematu: dla mnie na owe „zarobki” składa się wiele rzeczy, nie tylko finansowych. Skłamałabym mówiąc, że płynność finansowa nie jest ważna, bo oczywiście, że jest. Dla mnie jednak wiele innych rzeczy jest ważnych w tej pracy – ale to temat na osobny artykuł 🙂

Myślę też sobie czasem, że faktycznie czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dla wielu osób moja praca to „TYLKO” coś, dopóki tego nie zobaczą i nie poczują na własnej skórze. Najlepiej to widzi mój mąż, kiedy weekend w weekend mamy sesje zdjęciowe albo kiedy siedzę wieczorami/weekendami (jak np. teraz) i realnie widzi moje zmęczenie. Nie tak dawno temu na własne oczy widziała to też moja mama, kiedy przyjechała do nas pomóc zająć się dziećmi – ja byłam bardzo chora, z gorączką i DOSŁOWNIE nie byłam w stanie wstać z łóżka. Mimo to, wstałam i siedziałam przez wiele godzin przed komputerem. Bo zlecenia, bo terminy, bo akurat dwa projekty.

Często jednak słyszę  też komentarze, które wzmacniają mnie pozytywnie, np. „Podziwiam, ja bym nie dała rady tak pracować jak Ty” – w kontekście pracy kreatywnej czy trudności ze zmotywowaniem się do pracy z domu. Ja akurat na tym polu nie mam absolutnie żadnych kłopotów 😉 Tak rzadko mam super sprzyjające warunki do pracy (brak dzieci w domu, brak spraw prywatnych do załatwienia), że DOSŁOWNIE kiedy mogę to chłonę każdy moment na pracę i wykorzystuję go na 100%. Mam to szczęście, że nie muszę się zmuszać do pracy, bo robię to co lubię. Czasem (często) pracuję nawet więcej niż powinnam.

Ale każdy ma inny charakter, inne usposobienie i odnajdzie się w czymś innym. Ja nigdy nie czułam się na etacie „jak u siebie”. Jestem introwertyczką, nie lubię i nie umiem się odnaleźć w pracy zespołowej, nie lubię czuć się zależna od kogoś. Uwielbiam moją samodzielność, realizowanie tego co chcę i jak chcę, elastyczny czas pracy i to, że (jak np. dziś) mogę zostać w domu, kiedy któreś z dzieci mnie potrzebuje. Nie przepadam za tym, ale jednocześnie cenię to sobie. Doszłam już nawet do takiego poziomu świadomości i wdzięczności, że realnie dziś (pomimo zmęczenia i trudności logistycznych) naprawdę BYŁAM WDZIĘCZNA, że sama jestem kowalem swojego losu. Że ja sama stanowię o sobie, że mogłam zostać dziś z Oliwką w domu.

 

 

Moją pracę doceniają też moi klienci. Miewałam i wciąż mam wiele stałych współprac. Właściwie to w dużej mierze właśnie na nich opiera się moja działalność. Agencje wracają, klienci wracają. Zawsze jestem wysoko ceniona za jakość tworzonych materiałów, skrupulatność i terminowość – to ogromnie cieszy.  Niestety, moją pracę „doceniają” również inni klienci – tacy, którzy chcieliby utrzymać różnego rodzaju usługi za darmo lub w barterze o niskiej wartości.

Nie chciałabym w tym miejscu barteru demonizować, bo jeśli to byłby np. produkt, którego używam (albo planowałam zakup) i jest o równoważnej wartości z oferowanym przeze mnie zakresem usług lub jest to barter + rozliczenie finansowe (często mi się zdarza), to jest to jak najbardziej OK! Jednak nie samym barterem bloger żyje, bo i od barteru trzeba odprowadzić podatek… Także nie jest to dla mnie ok w sytuacji, kiedy mam różnego rodzaju koszty do poniesienia. I owszem – może i z boku mogłoby to wyglądać tak, że DOSTAŁAM wysokiej jakości produkt, ale jako osoba prywatna (i nie dostałam, a zarobiłam). Z biznesowego punktu widzenia, jako przedsiębiorca, jestem do tyłu. Bo nic nie zarobiłam, a musiałam dołożyć.

Zdarza mi się też obserwować podejście pt. „Tobie to tak dobrze w domu siedzieć” – nigdy nie wiem, co na to odpowiedzieć. Bo tak, dobrze, bo robię to co lubię. Ale czasem trochę źle, bo ciężko jest mi znaleźć granicę między życiem prywatnym, a pracą. To wszystko nie jest takie łatwe, na jakie wygląda z boku. Ale jak to w życiu! Zdarzyło mi się tez usłyszeć: „Ile Cię to kosztuje, trochę czasu, bez przesady” – nie raz i nie dwa wspominałam tutaj, że czas jest dla mnie bardzo cenną wartością. Zrozumiałam to dopiero jako mama. I widzę, że nie tylko ja. Wiele mam, które muszą wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim mierzy się z wieloma podobnymi rozterkami – i nic w tym złego! Ja szanuję swój czas, czasem wolę z czegoś zrezygnować, jeśli nie jestem do tego przekonana. I tyczy się to wielu różnych aspektów w życiu, nie tylko pracy.

I jeszcze jeden smaczek na koniec: „Dlaczego to tyle kosztuje?”. Niedawno znalazłam na to pytanie odpowiedź: „To tyle nie kosztuje, to jest tyle warte”. Klient przychodząc do mnie kupuje nie tylko mój czas, wiedzę i umiejętności, ale również wiele innych rzeczy. Kupuje sobie prostotę rozliczenia ze mną (wystawiam fakturę, wielu blogerów pracuje za zasadzie umowy zlecenie czy o dzieło, gdzie jest więcej formalności). Kupuje zasięgi, kupuje estetyczne zdjęcia i wartościową treść, kupuje unikalną przestrzeń reklamową (u mnie tych reklam nie ma wiele). Co ciekawe – wielu klientów nie współpracuje ze mną na zasadach promocyjnych. Zdarzyło mi się przygotowywać dla nich różnego rodzaju materiały, o których istnieniu nigdy nawet nie dałam znać w swoich kanałach 🙂

Mogłabym długo o takich branżowych sprawach, ale zastanawiam się czy takie kulisy prowadzenia firmy, bloga – od środka – w ogóle są interesujące. Czasem mam wrażenie, że tego typu treści są ciekawe tylko i wyłącznie dla mnie, no i dla paru innych osób, które robią to samo co ja i utożsamiają się z tego rodzaju bolączkami 😉 Daj znać! W ogóle, tak sobie pomyślałam, że prawdopodobnie w każdej branży znajdują się tego rodzaju założenia czy krzywdzące, wbijające szpilkę komentarze związane z niezrozumieniem czy niedocenieniem czyjejś pracy. Zdarzyło Ci się kiedyś takie usłyszeć?

 


Zdjęcia: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku,
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie.