Ciąża

Dzień Dziecka Utraconego

15 października na całym świecie obchodzony jest Dzień Dziecka Utraconego. Data ta została ustalona umownie, bo dokładnie tyle teoretycznie trwałaby książkowa ciąża licząc od 1 stycznia. Myślę, że jest o tyle ważny, że w dzisiejszych czasach kobieta, której nie przytrafił się taki dramat jest swego rodzaju ewenementem. Poronienie to niestety wciąż temat tabu, ale ja wychodzę z założenia, że warto o nim mówić. Choćby dlatego, że to znacznie częstsze zjawisko niż się powszechnie uważa – statystyki mówią, że nawet połowa ciąż kończy się poronieniem. Z pewnością więc dotknęło ono również Ciebie lub osobę z Twojego otoczenia.

Dzień Dziecka Utraconego to swego rodzaju hołd. Składany przez rodziców, którzy doświadczyli straty dziecka. Często więcej niż raz. Dodatkowo, święto to stwarza okazję do opowiedzenia o swojej stracie i uzyskania od bliskich co najmniej krzty zrozumienia.

Ja byłam w ciąży cztery razy, o czym opowiadałam już na blogu wielokrotnie. Niestety tylko dwie z czterech ciąż zakończyły się szczęśliwym rozwiązaniem. Czasami jednak patrzę na moje dzieci i myślę sobie, że: aż dwie. Znam kobiety, które roniły więcej niż dwa razy, a także takie, które borykały się z problemem w ogóle zajścia w ciążę. Niestety część z nich do dziś nie doczekała się nawet jednej, wymarzonej pociechy. Mając już w głowie pewien całościowy obraz sytuacji, myślę, że jednak jestem szczęściarą.

Mimo to, mam również prawo to odczuwania takich emocji jak złość, smutek i ból w związku z tymi dwiema stratami, które już na zawsze odcisnęły piętno na moim życiu. To przecież nie tak, że ta cała czarna przeszłość została wymazana i nie mam prawa jej rozpamiętywać bo ostatecznie przecież mam dwoje dzieci. W takim szczególnym dniu jak Dzień Dziecka Utraconego wracam myślami do tego wszystkiego, co było przecież nie aż tak dawno temu.

Pamiętam dokładnie, jak dowiedziałam się o drugiej ciąży, jak podekscytowana szybko podzieliłam się niespodziewaną nowiną z kilkoma najbliższymi koleżankami z pracy i jak szybko tego pożałowałam. Pamiętam przeraźliwy ból, krwawienie i wizyty lekarskie w trybie pilnym. Leżenie w łóżku i wypatrywanie choć iskierki nadziei na szczęśliwy finał. Do końca życia nie zapomnę nieprzedłużenia umowy o pracę z powodu utraty ciąży. Chodzenia do niej przez kolejne tygodnie, udawania przed współpracownikami, że nigdy w żadnej ciąży nie byłam i niemożności podzielenia się informacją o utracie pracy z innymi do ostatniego dnia.

Te wszystkie emocje rozdzierały mi wtedy serce i wierz mi, że nie zapomnę ich nigdy.

Czegoś takiego nie da się wybaczyć, zrozumieć, zapomnieć.

Pamiętam dokładnie moment, w którym dowiedziałam się o trzeciej ciąży. Na początku jeszcze miałam nadzieję, dużo nadziei w sobie. Byłam pewna, że skoro mam zdrowego synka z książkowej ciąży, to to jedno poronienie to był „przypadek”. Cholernie trudna sytuacja, ale taka, która się już nigdy nie powtórzy. Bardzo się pomyliłam, bo musiałam po raz kolejny przejść to samo, tylko bardziej. Bałam się utraty kolejnej pracy, więc chodziłam do niej krwawiąc w firmowej toalecie. Nikt nie wiedział, jaki dramat właśnie rozgrywa się w mojej głowie i ciele.

Po raz kolejny musiałam przykleić sztuczny uśmiech na twarz i udawać, że wszystko jest w porządku. A przecież mi właśnie runął cały świat.

Utrata trzeciej ciąży doświadczyła mnie mocniej niż poprzedniej, bo ta zakończyła się na późniejszym etapie. Dodatkowo czekał mnie jeszcze zabieg w szpitalu, zawożenie próbek „materiału” dziecka do laboratorium, szereg specjalistycznych badań, organizacja pochówku i skrócony urlop macierzyński.

Trudne, trudne emocje.

I w tym wszystkim ja. Mąż, który również doświadczył straty dziecka i usiłujący zrozumieć, co ja przechodzę. Syn, który nie wiedział, dlaczego mama ciągle chodzi z przeszklonymi oczami. I bliscy, który albo nie wiedzieli o ciąży albo jak się zachować.

Teraz, z perspektywy czasu wspominam siebie jako taką skamieniałą, wypraną z emocji, z uczuć.

Czułam, jakby to wszystko rozgrywało się wokół mnie. Nie wierzyłam, że to ja, że to właśnie mnie to dotknęło. Przecież takie rzeczy zdarzają się tylko tym innym. Nie mnie. A jednocześnie wiedziałam, że tego wszystkiego nie da się już cofnąć. Pętla smutku zaciskała się wokół mojej szyi coraz bardziej i bardziej. Chodziłam na terapię, zmagałam się z ciągłym zgłaszaniem mnie do kontroli ZUS przez ówczesnego pracodawcę i… czekałam.

Czekałam, aż to wszystko się skończy. Aż ktoś tam na górze w końcu odpuści. Odliczałam dni, tygodnie, miesiące, aż ta burza przeminie.

I w końcu pojawiła się ona. Idealna, piękna, pachnąca. Nasze rainbow baby.

Mimo to, przez pierwsze miesiące jej życia los dalej nas nie szczędził. Był taki jeden moment, kiedy nieprzytomna ze zmęczenia wisiałam nad inkubatorem, w którym pod czterema lampami leżała nasza córeczka i gdzieś pomiędzy trzymaniem ją za maleńką łapkę, a podpisywaniem zgody na transfuzję wymienną krwi pomyślałam sobie, że to już koniec. Że ją stracimy. W tym momencie byłam wręcz o tym przekonana. Nie widziałam cienia szansy na to, by wszystko się odwróciło.

A jednak udało nam się wyrwać ją ze szponów śmierci. Wierzę w to, że przekazałam jej wtedy całą moją wewnętrzną siłę. Umówiłam się z nią przecież wtedy, tam, w tym szpitalu, że musi być zdrowa. Że będzie zdrowa. To wtedy ją odzyskaliśmy.

Dopiero, kiedy wracam myślami do wszystkich tych trudnych momentów, które przeszliśmy uświadamiam sobie ich skalę.

Przypominam sobie, że Bóg doświadcza bólem tylko tych, którzy są w stanie go znieść. Wtedy nie uważałam się za silną osobę. Patrzę jednak na siebie teraz i wiem, że już silniejsza nie mogłabym być. Nie myślę też jednak, że cierpienie uszlachetnia. Raczej sieje pustkę. I niszczy od środka. Przesiąka do każdej tkanki ciała i zmienia bezpowrotnie.

Zakładam, że jeśli czytasz ten tekst, to emocje o których mówię są Ci bliskie. Szukasz jakiejś pomocy, zrozumienia czy wsparcia. Niestety nie mam gotowej recepty na Twój ból.

Pamiętaj jednak, że takich osób jak ja czy Ty jest więcej. To nie Twoja wina – nie mogłaś zrobić nic więcej, by zapobiec temu, co się stało. Mam nadzieję, że moje słowa choć w maleńkim stopniu będą kojące i poczujesz, jakby w połowie drogi spotkały się dwie pokrewne dusze.

Dzień Dziecka Utraconego to szczególny dzień. To nie są pluszowe, instagramowe i inspirujące rzeczy, którymi chętnie podzieliłybyśmy się z innymi. Utrata dziecka to odzwierzęcenie, zblazowanie, wręcz namacalny fizyczny ból, rozdzierająca serce pustka, rozpacz i żywoczerwona krew. Uważam jednak, że mimo, iż na co dzień raczej wolimy nie wracać do tego, co trudne i bolesne, to warto choć na ten jeden dzień w roku pozwolić wszystkim negatywnym emocjom znaleźć ujście. W końcu lepiej raz na jakiś czas pozbyć się ich ze swojej głowy i serca, niż trzymać kurczowo w sobie.

 

 

Przeczytaj więcej o temacie poronienia:

 

Historia mojej drugiej ciąży

Czy jutro będziemy szczęśliwi? Moja trzecia ciąża.

Jak wyrzucić z pracy ciężarną?

MTHFR – przyczyny, objawy, leczenie

Poronienie… i co dalej?

Ciąża po poronieniu: jaka jest?

Ogród pamięci

Prowadzenie ciąży po poronieniu – odpowiadam na pytania czytelniczek

Poronienie – odpowiadam na pytania czytelniczek 2# [LIVE]

 


Zdjęcia: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku,
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie