Styl życia

5 inspirujących rzeczy, których nauczyła mnie psychoterapia

W przyszłym tygodniu minie równo 6 miesięcy, odkąd rozpoczęłam ciężką pracę podczas psychoterapii. Nurt, w którym jest ona prowadzona, opiera się głównie na wykorzystywaniu przez terapeutę technik, które bezpośrednio wpływają na sposób myślenia, a co za tym idzie – zmianę zachowania. Każdego tygodnia mam okazję konfrontować się ze swoimi lękami, problemami i blokadami. Wiele rzeczy w moim życiu zaczynam widzieć w zupełnie inny sposób, zgłębiam genezę różnych sytuacji i często wręcz dotykam ich dna. Takie spotkania to ciężka praca, ale też taka, która otwiera oczy. Jestem dumna z drogi, jaką przeszłam i choć często była to droga trudna i bolesna, to i tak żałuję, że nie rozpoczęłam jej znacznie wcześniej. Dziś chciałabym się podzielić z Tobą 5 inspirującymi rzeczami, których nauczyła mnie psychoterapia. Mam nadzieję, że będą dla Ciebie przydatne. 

 

Psychoterapia – 5 inspirujących rzeczy, jakie z niej wyniosłam

 

Idź przez życie pokonując jeden dzień na raz

 

Od dawna wiedziałam, że wybieganie daleko w przyszłość i zamartwianie się tym, co ma dopiero nadejść nie ma większego sensu. Już od czasu pandemii przyjęłam strategię 48h i nawet zaczęłam głośno mówić, że „planuję dwa dni do przodu”. Wszystko zmieniało się wówczas tak szybko – nakładane obostrzenia, kolejne fale czy kwarantanny… A dodatkowo w obliczu prowadzenia firmy i posiadania dwójki dzieci w placówkach, naprawdę nierealnym dla mnie było planowanie w dłuższej perspektywie czasu. Oczywiście wychodziłam z założenia, że plany warto mieć, ale z doświadczenia wiedziałam, że „plany planami, a życie życiem” i nie ma się co do nich specjalnie przywiązywać – bo i tak za moment najpewniej ulegną zmianie.

Jednak dopiero na psychoterapii uświadomiłam sobie jak wielką wagę przywiązuję do rzeczy i sytuacji, które być może nigdy się nie wydarzą. Notorycznie włączała mi się pogłębiona analiza towarzysząca nietolerancji niepewności. Wiele z tych myśli było produktywnych (owocnych), ale jeszcze więcej tych jałowych, nieprowadzących do żadnych konstruktywnych wniosków – za to pogłębiających lęki. Scenariusze, które tworzyłam w swojej głowie dotyczyły często bardzo odległej przyszłości czy problemów na które nie mam wpływu, a co za tym idzie – wzmagających moje poczucie bezradności i niepewność. Trudno było mi to przyjąć, bo w końcu ja tej niepewności nie akceptowałam – zawsze przecież musiałam wszystko przewidzieć i mieć gotowe rozwiązanie na potencjalną sytuację „a”, „b” i „c”.

Kiedy jednak nauczyłam się odróżniać jedne myśli od drugich, znacznie łatwiej przyszło mi skupianie się na tym co tu i teraz. Na aktualnie dziejących się problemach, gdzie już faktycznie jestem w stanie się z nimi zmierzyć. W końcu też naprawdę przestałam martwić się rzeczami, na które nie mam wpływu. Teraz skupiam się na tym, by przeżyć trwający właśnie dzień i jak najlepiej sprostać aktualnie dziejącym się sytuacjom czy obowiązkom. Ten brak potrzeby planowania szczegółowo przyszłości i zamartwiania się tym, co być może kiedyś nastąpi – a w zamian za to pokonywanie swojej codzienności małymi kroczkami, skupiając się na przeżywaniu jednego dnia na raz to coś, co realnie zmieniło moje życie.

 

Czasem wystarczy dać z siebie 80%

 

To zdanie, które usłyszałam na jednym z pierwszych spotkań, a które utkwiło mi w głowie na tyle mocno, że teraz towarzyszy mi praktycznie każdego dnia. Kto mnie zna, ten wie, jak wielką perfekcjonistką jestem (pisałam kiedyś o tym TUTAJ). Choć mam świadomość tej swojej części osobowości od dawna, to wiele cech niezdrowego perfekcjonizmu wciąż mi towarzyszy.

Cały czas na przykład uważam, że przecież mogłam zrobić coś lepiej. Rzadko jestem zadowolona z siebie i swoich sukcesów, przez zdecydowaną większość czasu koncentruję się wyłącznie na zdobyciu jak najlepszego wyniku (na każdym polu), a do tego wiele aspektów związanych z dążeniem do perfekcjonizmu zwyczajnie mnie męczy. Często czuję się zmęczona potrzebą realizacji zbyt wysoko postawionych celów, spełniania oczekiwań innych czy dorównania… tej idealnej wersji mnie, która istnieje tylko w mojej głowie.

Kiedy więc usłyszałam, że być może moje 80% może być dla kogoś innego tym 100%, to coś we mnie pękło. Na z mojego życia wziętych przykładach zobaczyłam sytuacje, w których faktycznie to, że dałam z siebie mniej – finalnie wcale nie spowodowało jakiegokolwiek „ubytku”. Przekonanie, że „przecież wystarczy 80%” było naprawdę uwalniające. Uświadomiłam sobie, że nie tylko ciężka, wymagająca poświęceń praca jest w stanie doprowadzić mnie do najlepszych efektów (w myśl zasady: „Pracuj mądrze, a nie ciężko”). Tym sposobem nie przeciążam się ponad moje siły, a uzyskany efekt jest i tak tak samo dobry.

 

Nie zawsze ten najgorszy scenariusz jest tym najbardziej prawdopodobnym

 

Do pewnego rodzaju katastrofizacji, czarnowidztwa i przewidywania najgorszych możliwych scenariuszy z biegiem lat zwyczajnie przywykłam. Miałam wręcz wpojone, że „lepiej się mile zaskoczyć, niż niemile rozczarować” i w myśl tej zasady zawsze starałam się być przygotowana na wszystko. Wierzyłam, że tego typu myślenie uchroni mnie przed rozczarowaniem, bo kiedy się ten ów gorszy scenariusz ziści, ja będę mogła jedynie wzruszyć ramionami i powiedzieć „A nie mówiłam?”. Okazało się jednak, że z czasem zamiast dopuszczać różne warianty przyszłych zdarzeń, ja zakładałam ziszczenie się tylko tych negatywnych wizji. Z takim nastawieniem faktycznie zdarzało mi się funkcjonować poniżej swoich możliwości – i w efekcie doprowadzać do realizacji tego czarnego scenariusza (na zasadzie „samospełniającej się przepowiedni”).

Jako, że z natury jestem realistką i pragmatyczką, to terapia w nurcie behawioralno-poznawczym to był dla mnie strzał w dziesiątkę. W końcu ja uwielbiam wymieniać się twardymi argumentami i nic mnie tak dobrze nie przekona, jak liczby, wykresy i tabelki. W jednej z nich miałam za zadanie opisać różne scenariusze danej sytuacji – najlepszy, najgorszy i neutralny, oszacować szansę ich spełnienia się w rozkładzie procentowym, a następnie wskazać ten najbardziej prawdopodobny. I wiesz co? Czarno na białym miałam dowód na to, że szansa spełnienia się tego najgorszego scenariusza jest naprawdę znikoma.

Jako, że przywykłam do myślenia dychotomicznego (zero-jedynkowego), w swoich scenariuszach widziałam jedynie wszystko albo czarne, albo białe – wykluczając wszystkie pozostałe odcienie szarości (inne możliwe warianty zdarzeń). Ta myśl, że „nie zawsze ten najgorszy scenariusz jest tym najbardziej prawdopodobnym” naprawdę mocno zakotwiczyła się w mojej pamięci. Teraz w każdej sytuacji kryzysowej w pierwszej kolejności „rozpisuję” sobie w głowie te procenty i kalkuluję, jaka jest szansa na dany rozwój wydarzeń. Takie podejście mocno osadza mnie na ziemi, studzi emocje i często w efekcie pozwala myśleć bardziej trzeźwo o tym, co wywołuje mój niepokój.

 

Często wystarczy złapać tylko tę pierwszą myśl

 

Psychoterapia uświadomiła mi, jak bardzo to wszystko co się z nami dzieje, jest ze sobą połączone.

Choć to dana sytuacja „aktywuje problem”, to dopiero to, co zrobimy z naszą myślą na temat tej sytuacji jest kluczowe. To właśnie myśli w dalszym toku wyzwalają emocje, zachowania czy objawy. Dla mnie już sama świadomość, że wystarczy tylko „złapać tę pierwszą myśl”, a co za tym idzie jakby wychwycić moment, na który już dalej mam wpływ była totalnym olśnieniem.

„Nie zawsze mamy wpływ na to, co nam się przydarza, ale zawsze mamy wybór, co z tym zrobimy.” (Paulo Coelho) – i dokładnie tak jest!

W końcu to od nas zależy co z tą „uchwyconą” myślą zrobimy i w jakim kierunku pozwolimy jej pójść. Możemy taką myśl zauważyć, a następnie szybko sklasyfikować (czy to fakt, czy opinia), zapisać i ocenić jej słuszność, albo zwyczajnie… pozwolić jej odejść. Przyjąć do wiadomości, że jest i… TYLE! Myśli są jak chmury, czasem trzeba pozwolić im odpłynąć.

Bardzo spodobało mi się też pewne buddyjskie przysłowie w tym temacie: „Myśli przychodzą i odchodzą. Nie podawaj im herbaty”.

 

Mam tylko 50/50 wpływu

 

Kiedy pewnego razu wyszczególniłam sobie z terapeutką, jaki wpływ mamy na to, co inni pomyślą lub zrobią – doświadczyłam kolejnego olśnienia. Dotychczas wydawało mi się, że mam na to ogromny wpływ, a w rzeczywistości – jest to jedynie 50%. Drugie 50% to przemyślenia, emocje i w efekcie – decyzje tej drugiej osoby. Na moje 50% składa się wiele czynników (jak mój wygląd, zachowanie, różnego rodzaju okoliczności), ale to wszystko to jedynie połowa „wpływu”. W końcu jest też druga strona i jej odbiór danej sytuacji – a ten może być przecież zupełnie inny niż mój.

Doprowadziło mnie to do dwóch wniosków. Po pierwsze, nawet jeśli dam z siebie 100% w jakiejś sytuacji, to wciąż będzie tylko 50% w relacji z drugą osobą. Po drugie – nie mam dużego wpływu na to, co myślą o mnie inni ludzie (a to istotny problem dla wielu twórców internetowych – pisałam o tym więcej TUTAJ). Inni często oceniają mnie przez pryzmat siebie, swojego samopoczucia, toczących się właśnie w ich życiu problemów czy różnego rodzaju przeszłych doświadczeń. To, jak ktoś reaguje na mnie bądź sytuację ze mną jest O TEJ OSOBIE. O jej brakach, lękach czy przekonaniach. A ja przecież już jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że „moje wybory/przekonania nie oceniają cudzych”. One są moje i o mnie.

Niejednokrotnie przekonałam się też, że nie tyle nie jestem w stanie dogodzić każdemu, co właściwie przecież… wcale nie chcę. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak wyczerpujące by było ciągłe sprawianie, by każda osoba w moim życiu była ze mnie „zadowolona”. Ludzie zawodzą się na mnie z różnych – często błahych, a nawet niezrozumiałych powodów – ale ja nie chcę o tym myśleć, ani tym żyć. Często zdarza mi się przypominać pewną wypowiedź Kuby Wojewódzkiego: „Nie dam Ci uniwersalnej recepty na sukces (…), ale dam Ci uniwersalną receptę na porażkę – to jest chęć podobania się każdemu.” Owe „bycie sobą” przez tyle lat istnienia w sieci to dla mnie chyba najtrudniejsza rzecz, jakiej udało mi się dokonać.

Na koniec jeszcze jeden mój wniosek, jaki wypłynął podczas terapii: „innych ludzi obchodzą tylko oni”. Nie ma więc potrzeby poświęcać swoich myśli temu, co ktoś sobie o nas pomyśli – większość przestrzeni w głowie tej osoby zajmuje zwykle właśnie ona.

 

A Ty, jaki masz stosunek do psychoterapii? Czy któraś z zebranych przeze mnie myśli była dla Ciebie odkrywcza? Która spodobała Ci się najbardziej?

 


Zdjęcie: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku,
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie.