fbpx
Mental Health

Nie mam czasu, żeby cieszyć się życiem. Czy jestem NETTEL-em?

Brzmi głupio, ale to prawda. Nie jestem w tym jakaś wyjątkowa, w końcu po roku pandemii oraz przy jednoczesnym zajmowaniu się pracą, dziećmi i domem każda z nas mogłaby sobie teraz powiedzieć, że nie ma na nic czasu, a przez aktualnie obowiązujące obostrzenia nie znajdujemy już chęci do tego, by cieszyć się życiem. Jak się okazuje, wyjaśnienie tego zjawiska, które akurat mam na myśli nie jest tak proste jak mogłoby się wydawać. W dzisiejszym artykule opowiem Ci o tym, kim jest NETTEL i dlaczego tak bardzo czuję, że to ja.

 

Nie mam czasu, żeby cieszyć się życiem.

 

W głębi serca już od dawna zastanawiałam się co takiego jest ze mną „nie tak”, że nie potrafię czerpać radości z życia. Nie dla mnie było „delektowanie się chwilą” czy zwyczajne znalezienie czasu na relaks. Kiedy jednak już na siłę wpisałam tak prozaiczną czynność (i moim zdaniem niepotrzebną) jak odpoczynek w swój grafik i faktycznie ją realizowałam to jednak wcale nie czułam się lepiej. Wręcz przeciwnie, czułam, że marnuję czas, który mogłabym przecież spędzić o wiele bardziej produktywnie.

Czyli zamiast się spokojnie taką chwilą delektować – ja spędzałam ją z pozoru miło, ale gdzieś w wewnętrznym pośpiechu odliczając minuty do końca.

Myślami byłam już przy tym co będę robić za chwilę, za godzinę, w przyszłym tygodniu. Niby ciało się relaksowało, ale wciąż nie potrafiłam przełączyć umysłu w taki sam tryb. Głową wciąż byłam w pracy i w obowiązkach. Na masażu nie umiałam zamilknąć nawet na chwilę, farbując włosy musiałam jednocześnie coś czytać albo czegoś słuchać. Nie dawałam sobie przyzwolenia na nicnierobienie.

W ten sposób kojarzę właściwie wszystkie fajne chwile z przeszłości: wakacje, czas spędzony z rodziną czy święta – kiedy jest czas i przestrzeń na to by w pełni oddać się relaksowi. Ja tego nie potrafiłam, nigdy. Właściwie to nie wiem dlaczego wszystko to piszę w czasie przeszłym, jakbym za chwilę miała Ci opowiedzieć jak z tym problemem sobie poradziłam 😉 Od razu więc Cię uprzedzę – takiego wyjaśnienia nie będzie. Ja z tym żyję cały czas.

Żyję, żeby pracować, a nie pracuję, żeby żyć. 

Jestem dla siebie najsurowszym szefem, czuję się niewystarczająca – choć nikt nigdy nie dał mi tego odczuć, czuję się też zbyt wolna – pomimo, że ciągle biegnę i przy tym zmęczona – choć wydaje mi się, że przecież nie mam czym. Chciałabym pracować tak, jakbym nie miała dzieci i opiekować się dziećmi tak, jakbym nie miała pracy.

To, że doba jest za krótka na pełen etat i jednocześnie pełne zaangażowania rodzicielstwo to jasna sprawa i kwestia wałkowana w moich kanałach wielokrotnie. Dlaczego więc ja wciąż nie mogę się z tym faktem pogodzić?

Niby gdzieś tam w mojej głowie takie poczucie, że inni mają coś czego nie mam ja pokutowało od dawna. Niby wiedziałam, że te piękne obrazki z czyjegoś życia nie zawsze znaczą, że u sąsiada trawa jest zawsze bardziej zielona. To przecież tylko wycinek życia, którym ktoś zdecydował się ze mną podzielić – pisałam nawet na ten temat wpis (TUTAJ). Pisałam też niejednokrotnie o moim perfekcjonizmie oraz o tym, jak nie cierpię marnować czasu. Jednak dopiero dziś znalazłam brakującego puzzla tej całej układanki.

 

Co mają inni, czego nie mam ja? 

 

Wielu ludzi po prostu naturalnie potrafi włączyć przycisk STOP. Potrafią oni odsunąć na bok pracę czy obowiązki i przeżywać życie TU I TERAZ. Delektować się chwilą – poranną kawą, czasem spędzonym z dziećmi, momentem ciszy czy pięknym widokiem. Ja nigdy nie miałam tej zdolności, by ot tak sobie przystanąć i zachwycić się jakimś pięknym miejscem. Jeśli masz podobne dylematy, po prostu zadaj sobie pytanie: „Czy coś mnie zachwyca?”. Bo mnie osobiście niewiele.

Sukcesy również mnie nie cieszą, ot tak, odhaczam je jak każde kolejne zadanie na liście. W minionym tygodniu po raz kolejny doświadczyłam czegoś co jak dotąd nie sądziłam, że będzie kiedykolwiek w moim zasięgu, ale kiedy kilka dni później mąż zapytał mnie „Jak tam…?” odpowiedziałam tylko „OK”.

Tylko „OK!”. Rozumiesz? Zdarza mi się robić rzeczy, które stanowiłyby spełnienie marzeń dla wielu ludzi. A dla mnie to jest coś normalnego. Kiedy już to zrobię, to jest dla mnie nic szczególnego ani nic co sprawiłoby, że jestem jakaś super podekscytowana. Nie umiem się tym chwalić, ani być z siebie dumna. Właściwie to już nawet specjalnie o tym nie myślę, tylko działam dalej – w końcu jest kolejne zlecenie, kolejny projekt, kolejna sprawa do załatwienia…

Właściwie to nigdy nie poświęcałam ani chwili swojej uwagi na to, by zrobić coś nieproduktywnego. By prokrastynować, czyli w mojej ocenie = marnować czas bez sensu. Myślałam sobie wtedy: „W końcu życie jest takie krótkie, nie można go zmarnować! A ja mam przecież jeszcze tyle do zrobienia!”.

Odkąd tylko sięgnę pamięcią, zawsze byłam taka. Zorganizowana, planująca, rzadko kiedy potrafiąca zdecydować się na spontan. W końcu taki spontan musiał być perfekcyjny! Za dzieciaka tworzyłam zeszyty, w których rozrysowywałam sobie swoje plany i zadania. Chodząc do liceum, żyłam z tabelkami w którym nawet na życie towarzyskie miałam ściśle zaplanowany czas. W końcu ja byłam taka zajęta. Teraz chce mi się z tego śmiać, ale to był przecież jakiś punkt wyjścia do momentu w którym znajduję się teraz.

Przyznam się, że trochę to wszystko zamiatałam pod dywan, a trochę tłumaczyłam sobie, że przecież już taka jestem. Skupiałam się przecież na ważniejszych rzeczach i w końcu doszło już do takiego paradoksu, że… nie miałam czasu zgłębić tego problemu. Dlaczego paradoksu?

Bo NETTEL to określenie osoby, która od nadmiaru spraw nie ma czasu, aby cieszyć się życiem. 

A ja jak się okazuje nie miałam czasu na to, by zweryfikować swój stan psychiczny w którym… nie miałam na takie rzeczy czasu z założenia.

 

Kim jest NETTEL?

 

NETTEL nie ma czasu w ogóle by dostrzec piękno czy przyjemność w prostych rzeczach, bo ma głowę zaprzątniętą całą listą zadań do wykonania.

No wypisz-wymaluj, JA! Przecież ja non stop mam coś do zrobienia czy załatwienia, funkcjonuję w planerach, kalendarzu i notatniku w telefonie i pomimo świetnej umiejętności do zarządzania swoim czasem i tak nie umiem swojej listy „to do” wyczyścić do zera. Cokolwiek z niej znika, za chwilę pojawia się w formie innego zadania. No i tym sposobem jakby nie patrzeć jestem nieustannie zajęta, zapracowana i zaangażowana ponad miarę (to kolejna rzecz, z którą usiłuję walczyć), a przecież mój czas jest zbyt cenny na to by go marnować.

To jest właśnie definicja NETTEL-a, a mówiąc krótko „brak czasu na radość z życia”. W końcu NETTEL to skrót od angielskiego „not enough time to enjoy life”.

Akronim NETTEL utworzył australijski badacz społeczny Bernard Salt. Odniósł go w szczególności do rodzin, w których obydwoje rodziców pracuje w pełnym wymiarze godzin, aby utrzymać wysoki poziom życia. Utrzymanie rodziny, kredyty, rachunki, samochód, zajęcia dla dzieci, wizyty u lekarza – jak pisze Salt, znalezienie jakiejkolwiek chwili graniczy dla nich z cudem. Nie chodzi jednak o samo wykonywanie pracy, ale o przyjęcie stylu życia doszczętnie zaplanowanego.

Życie pracującego rodzica to praca na dwa etaty – i to bez żadnego naciągania. I choć odwykłam od zasłaniania się dziećmi, kiedy czegoś nie mogę zrealizować, tak w tym wypadku jest to najprawdziwsza z wszystkich prawd. To jest taki stan, kiedy musisz być ciągle na tzw. „stand-bayu” – czyli ciągle czujna. To cecha, jaka jest z moich obserwacji raczej domeną mam, które zajmują się planowaniem i logistyką zadań całej rodziny.

I choć przychodzi nam to naturalnie, to w rzeczywistości jest to mocno obciążające głowę zadanie. W końcu nie możemy nic pominąć, o niczym zapomnieć, wszystko jest ważne i „na wczoraj”.

 

Pora na zmiany i work-life balance

 

Jako dzieci, uczymy się otrzymywania korzyści płynących z opóźnionej gratyfikacji. Jeśli zrobiliśmy coś dobrze, otrzymywaliśmy nagrodę, jeśli zaoszczędziliśmy trochę kieszonkowego – rodzice dołożyli nam drugie tyle i mogliśmy kupić sobie coś lepszego.

W dorosłym życiu funkcjonujemy podobnie, ale używamy opóźnionej gratyfikacji do przenoszenia czegoś ważnego w czasie. Pozwalamy sobie na to „uwięzienie w kręgu zajętości” i w rezultacie odkładamy robienie rzeczy, które lubimy – na później, kiedy naszym zdaniem magicznie będziemy mieli więcej czasu 😉

Ale nasz partner, dzieci czy przyjaciele nie będą czekać, aż w końcu dotrzemy do „ziemi obiecanej”, gdzie wolnego czasu będziemy mieć pod dostatkiem. Będą dalej funkcjonować, ale jakby obok nas, a nie z nami. Z czasem może bez nas. Nasze zdrowie, zarówno fizyczne jak i psychiczne też nie będzie na nic czekać.

Podsumowując: wszyscy mamy różne krótkoterminowe projekty i problemy, które wymagają intensywnego skupienia i pochłaniają nasz czas. Ale jeśli takie podejście stanie się również naszym długoterminowym wzorcem działania (a może już jest?) to znak, że pora się sobie bliżej przyjrzeć. Tu już nie wystarczy praktyka pt. „od dzisiaj zmuszam się do znalezienia luki w kalendarzu na relaks czy chwilę dla siebie” – owszem, to dobry start i mały kroczek ku lepszemu. Jeśli jednak taki styl życia jest w naszych głowach i postępowaniu mocno ugruntowany, być może potrzebujemy bardziej specjalistycznej pomocy.

Ja zacznę od wydzielenia sztywnej granicy, tj. wprowadzę w życie naszej rodziny work-life balance. Dodatkowo, ograniczę zupełnie używanie telefonu do celów konsumowania treści, a skupię się głównie na ich tworzeniu – co przecież jest nieodłącznym elementem mojej pracy. Będę wpisywała do kalendarza tylko rzeczy niezbędne, ale spędzę mniej czasu na planowaniu i organizowaniu zajęć oraz form spędzania czasu przez naszą rodzinę kolejnego dnia.

Czuję, że warto coś w końcu zrobić w tym kierunku. Owszem, takie „przymuszanie się” oraz faktyczne działanie będą wymagać wiele czasu, a także wysiłku, ale poświęcenie ich i zastanowienie się nad tym, co jest tak naprawdę w życiu ważne mam nadzieję, że oszczędzi mi wiele stresu i frustracji w dalszej perspektywie.

Pamiętaj, że bycie „mniej zajętą” nie ma polegać na tym, że teraz będziesz siedzieć i nic nie robić. W dużej mierze chodzi o to, byś w końcu potrafiła wykorzystać czas, który masz w sposób dokładnie taki jak chcesz. Teraz, nie później czy kiedyś tam, kiedy coś się wydarzy. A mówiąc konkretnie – żebyś zwiększyła liczbę chwil, w których robisz to, co sprawia Ci radość. W końcu zawsze jest wybór – możemy kontynuować nasze życie jako NETTEL albo zrobić coś w kierunku zmiany. Pierwszy krok już za nami, w końcu uświadomienie sobie pewnych mechanizmów to często klucz do sukcesu oraz najważniejsza część pracy.

 

Źródło: Bob Myers, „Travelling the Road of Peace and HappinessTransforming conflict into creative conflict”, Xlibris Corporation.


Zdjęcie: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku,
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie.