Styl życia

„Daj spokój, jakie Ty możesz mieć problemy?”

Miałaś kiedyś problem, z którym nie potrafiłaś sobie poradzić? Założę się, że nie raz i nie dwa. Ciekawa jednak jestem, co z tym problemem zrobiłaś. Bo wiesz, wiele z nas niestety, ale ma tendencję do… milczenia. Nauczyłyśmy się, że o swoich problemach się nie mówi. Bo w końcu każdy jakieś ma i sobie z nimi radzi. No bo, daj spokój! Jakie Ty możesz mieć problemy? – Ile razy to słyszałaś? Bo ja o kilka razy za dużo.

 

Daj spokój. Jakie Ty możesz mieć problemy?

 

Idealny świat, który każdego dnia oglądamy na Instagramie wszedł nam do głów już tak bardzo, że w pewnym momencie łapiemy się na tym, że porównujemy swoje życie do tego innych praktycznie przez cały czas. Ja już dawno zauważyłam, że wpływ szeroko rozumianych mediów na to, jak postrzegamy siebie może być naprawdę istotny. Chcemy nie tylko wyglądać lepiej, ale mieć lepsze rodziny, domy i życia. Marzymy, by odnosić sukcesy, pławić się w luksusach, jeździć na wakacje kilka razy do roku i chcemy w tym wszystkim być naturalne i autentyczne. Tyle tylko, że tak się nie da.

Kiedyś już wspominałam, że to nie w porządku porównywać swoje zaplecze do cudzej sceny. Bo tym właśnie jest to, co widzimy u innych – sceną. Jedną sekundą z życia, jednym, idealnie uchwyconym momentem.

Sama dobrze wiem, jak potrafi wyglądać zaplecze jakiegoś nagrania czy sesji zdjęciowej i wierz mi – daleko im do ideału. Kiedyś się tym katowałam myśląc, że „u innych to na pewno wygląda inaczej”, „dzieci innych są grzeczniejsze” i idąc dalej… „życie innych jest lepsze niż moje”. Długo oceniałam i wciąż czasem oceniam to, co mnie spotyka przez pryzmat pięknych obrazów, jakie serwują nam inni. Potem się jednak łapię na tym, że przecież sama wybieram do publikacji właśnie te zdjęcia, na których wyglądam najkorzystniej. Kiedy jestem pomalowana, ładnie ubrana, z ułożonymi włosami i w odpowiednio zaaranżowanym otoczeniu. Na tym przecież to wszystko polega, by magiczne kadry przykuwały uwagę odbiorcy i cieszyły jego oczy. Jednocześnie sama tak często zapominam o tym, że to tylko wycinek życia. Jedna pieprzona sekunda.

Dajmy na to zdjęcia z tego wpisu. To było świetne przedpołudnie, nie powiem. Włosy chciały mi się układać, tym razem dokładnie wiedziałam co założę i miałam w głowie świetny zamysł na idealną sesję. Zrobiłam sobie kawę, kupiłam świeże kwiaty i po raz kolejny miałam przyjemność zrobić sesję z Olą – w pięknym miejscu. Trochę oderwałam myśli i spędziłam czas w miły sposób.

To jednak, czego na nich nie widać to to, że przez ostatnie kilka dni czułam się jak wrak człowieka. Oliwka chorowała, Kuba był w tym najgorszym czasie na wyjeździe firmowym w innym mieście, a ja musiałam angażować teściów do opieki nad dziećmi, by w ogóle móc wyjść z domu i zrobić tę sesję.

I tak właśnie wygląda prawdziwe życie. Do niedawna miałam wrażenie, że tylko moje. To mi ciągle los rzuca kłody pod nogi, to tylko nasze dzieci chorują, to tylko ja nie mogę się rozwijać tak szybko jak bym tego chciała. Nie potrafiłam przyjąć do siebie, że to nieprawda.

Że przecież życie absolutnie każdego tak wygląda! Bo to taka wieczna sinusoida, gdzie raz jesteśmy na górze, a innym razem na dole. I że to nie ma większego znaczenia co nas w tym życiu spotyka. Ale jak się w obliczu swoich problemów zachowamy. Mówi się też, że jeśli już nic nie możesz zmienić, to zmień myślenie. Tyle, że ja nie potrafiłam wykrzesać już z siebie sił na dalszą walkę. Nawet – a w szczególności – na tę w mojej głowie.

 

 

To nie tak miało być!

 

O podjęciu psychoterapii myślałam od wielu miesięcy, ale bombardowana zewsząd komunikatami: „Bo Ty jesteś taka silna”, „Kto jak nie Ty!”, „Nie przesadzaj”, „Czym Ty jesteś zmęczona?”, „Inne kobiety też mają dzieci i pracę i jakoś sobie radzą” wciąż tylko myślałam sobie, że może faktycznie nie mam prawa się źle czuć. Nie mam przecież aż takich powodów. Moja sytuacja nie jest wcale taka zła. Mam zdrowie, kochane dzieci, wsparcie bliskich, dach nad głową i pracę, którą kocham. Czy nie jestem bezczelna, czując się źle?

W międzyczasie stopniowo traciłam radość życia i odczuwanie jakiejkolwiek przyjemności. W błogiej nieświadomości swojego stanu potrafiłam jednocześnie zauważyć te symptomy – co sama świetnie sobie wytłumaczyłam w artykule „Nie mam czasu, żeby cieszyć się życiem. Czy jestem NETTEL-em?”. Wydawało mi się, że to co czuję to taki synonim dorosłości i norma, która dotyka absolutnie każdego.

W pewnym momencie poczułam, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Z trudem wstawałam z łóżka i czułam się tak nim wypalona (niedawno napisałam nawet artykuł o wypaleniu życiowym), że dosłownie nic mnie nie ekscytowało. Byłam tak zmęczona, że nie mogłam w to uwierzyć. Wydawało mi się, że nic nie osiągnęłam i nigdy nie osiągnę, że już nic mnie dobrego nie czeka i totalnie przestałam wierzyć w siebie i swoje możliwości…

Właściwie to tylko tak przemykałam przez swoje życie, zamiast go doświadczać i cieszyć się nim. Udając się na pierwszą wizytę do psychoterapeutki miałam wrażenie, że właściwie to te spotkania nie są mi zbyt potrzebne – nie czułam, że potrzebuję się „naprawić”. Miałam świadomość, że jakieś problemy są, ale traktowałam je dość lekko. Myślałam, że to będzie element samorozwoju i byłam ciekawa jak się sprawy potoczą. A potoczyły się zupełnie inaczej, niż przypuszczałam. Okazało się, że moje „błahe” problemy są jednak bardzo poważne. Wtedy jednak nie miałam pojęcia, że jest ze mną aż tak źle. 

Zrozumiałam też, że blokując sobie prawo do odczuwania czegoś („nie mam tak źle, więc nie powinnam narzekać”) mogłam sobie naprawdę mocno zaszkodzić. Nie ma nic gorszego niż umniejszanie swoim (lub cudzym!) problemom. A niestety wiele osób ma również tendencje do oceniania czyjegoś życia… no właśnie, przez pryzmat tej jednej idealnej sekundy. Kiedy widzimy kogoś świetnie wyglądającego, z uśmiechem na twarzy to nie przyjdzie nam do głowy, że ta osoba w środku może mierzyć się z jakimiś problemami. A nawet jeśli, to „co ona może mieć za problemy?”. Tak jakby ranga trudności sprawiała, że ktoś otrzymuje prawo do bycia smutnym, złym, zmęczonym czy… chorym. Bo przecież „inni mają gorzej”.

 

 

***

 

Teraz już wiem, że absolutnie nikt nie jest w stanie sobie wmówić choroby czy gorszego samopoczucia i odwrotnie – magicznie przestać źle się czuć. To wszystko nie jest tylko czarne lub białe, u każdego trudny stan i walka z problemami przebiega zupełnie inaczej. Kiedy ostatnio rozmawiałam z przyjaciółkami na ten temat, usłyszałam: „Nie powiedziałabym o Tobie, że…”no bo taka jest prawda!

Sama nie powiedziałabym o sobie patrząc z boku, że mierzę się z jakimiś problemami. Dlaczego? Bo można mieć gorszy okres i funkcjonować przy tym całkiem nieźle. Nie zaniedbywać obowiązków, dzieci, pracy, a nawet można mieć totalnie zły czas i przy tym normalnie się uśmiechać, wychodzić do ludzi i momentami czuć się w miarę w porządku.

Ja zrobiłam już pierwszy krok w walce o siebie. Poprosiłam o pomoc i już od pierwszego momentu czuję się lepiej – bo ktoś dostrzegł moje problemy, nazwał je i pomaga mi przez nie przechodzić, krok po kroku, dzień po dniu, tydzień po tygodniu.

To nie jest łatwe dzielić się tego typu tematami w internecie będąc poniekąd osobą publiczną, natomiast mi właśnie w ten sposób ktoś kiedyś pomógł uświadomić sobie mój stan. Jeśli więc choć jedna osoba po przeczytaniu tego artykułu głębiej zastanowi się nad swoim zdrowiem psychicznym to będzie już wielki sukces. I właśnie tak do tego podchodzę – że dzielenie się swoimi trudnymi doświadczeniami w sieci nie jest objawem słabości, a wręcz przeciwnie – siły i odwagi. By pomagając sobie, pomagać też innym.

 


Zdjęcia: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku,
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie.