Styl życia

Plusy i minusy prowadzenia firmy – z perspektywy niespełna 3 lat [+TECHNIKA]

O tym, czym jest posiadanie własnego biznesu oraz jakie są jego plusy i minusy pisałam już po roku prowadzenia firmy oraz w kontekście posiadania dzieci. Jako, że bycie przedsiębiorczynią to jednak całkiem spory kawałek mojego życia, a czas leci jak szalony, chciałabym podejść do tematu ponownie, tym razem z większej perspektywy – niespełna 3 lat. Czy podjęłabym decyzję o przejściu na swoje jeszcze raz, gdybym mogła cofnąć czas? Czy coś bym zmieniła albo zrobiła lepiej? Czy własna firma dostarcza więcej radości czy stresów w codziennym funkcjonowaniu? 😉 Na te i jeszcze więcej pytań mam nadzieję, że odpowie Ci mój dzisiejszy artykuł.

 

Plusy i minusy prowadzenia firmy – z perspektywy niespełna 3 lat, pandemii, wojny, inflacji i kryzysu gospodarczego

 

PLUSY

 

Pełna decyzyjność

To jest coś, co jest właściwie w dużej mierze plusem, ale też trochę minusem 😉 Bo jednak z uwagi na fakt, że wszystkie decyzje w mojej firmie podejmuję sama, nie mam szefa, nikt mi nie stoi nad głową i nie pogania, sama planuję sobie czas to również… sama później zbieram baty za źle podjęte decyzje. A takie też były – choć wychodzę z założenia, że nie uczy się tylko ten, kto nic nie robi i no cóż… mam „kolejne doświadczenie do koszyka”. W końcu każde, nawet złe wydarzenie czegoś uczy.

Ale to, że mam wpływ na każdy etap tworzenia, że wszystko co robię odbywa się zawsze na moich warunkach i w zgodzie z moją wizją oraz sumieniem – jest naprawdę nieocenione. Na etacie zawsze czułam się zależna od innych, osoby nade mną mówiły mi co i jak mam robić i często czułam, że marnuję tylko swój czas. Pracując sama dla siebie nigdy nie miałam poczucia, że marnuję czas w pracy – czegokolwiek bym związanego z nią nie robiła, zawsze jest przemyślane, wartościowe i najwyższej jakości. Zawsze wszystko jest też PO COŚ.

 

Samodzielne zarządzanie czasem

Oczywiście nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale w większości przypadków jestem w stanie w dowolny sposób żonglować swoimi obowiązkami. Jestem typem pracoholika, więc lenistwo mi nie grozi, ale bardzo często przeplatam sobie pracę np. obowiązkami domowymi, wizytami lekarskimi dzieci czy czasem dla siebie. Dwa razy w tygodniu od rana spędzam czas na siłowni, chodzę na terapię, dbam o wygląd, a popołudnia spędzam z dziećmi, odhaczam ich zajęcia dodatkowe, lekcje Aleksa – zdarza się, że pracuję wieczorami, ale zwykle tylko przy natłoku zadań albo chorobie któregoś z dzieci (które jest wówczas ze mną w ciągu dnia).

Oczywiście nigdy nie jestem wyrobiona w 100%, ale korzystam z macierzy zarządzania czasem, która pomaga mi klasyfikować zadania na ważne/pilne itp. i jakoś się to wszystko kula 🙂 Po raz kolejny pewnie powtórzę się mówiąc, że jestem wdzięczna za to, że mogę prowadzić takie życie, w którym mogę mieć czas w ciągu dnia na to, na czym mi zależy lub by np. zostać w domu z chorym dzieckiem bez stresowania się rozmową z pracodawcą i pójściem na kolejną opiekę – ale ZNOWU, jak to w życiu bywa, nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Wszystkie decyzje generują KOSZTY – po prostu inne. 

 

Mogę postawić siebie na pierwszym miejscu

W jakimś tam stopniu czuję, że prowadzę wygodne życie. Mogę dostosować sobie mój plan dnia nie tylko do zobowiązań i zadań, ale również do aktualnej formy. Tak naprawdę na tak wielu płaszczyznach mam coś do roboty, że często mogę dowolnie szafować tym co zrobię w danym momencie 😉 Mam też sporo pracy z poziomu telefonu – wówczas nic nie stoi na przeszkodzie bym pracowała na leżąco na kanapie, pod kocykiem, kiedy nie chce mi się z nikim gadać – nie muszę, mam ochotę sobie zrobić przerwę na napój/posiłek czy wstawić pranie – nie muszę nikogo pytać o zgodę.

Moje życie zawodowe często jest ściśle połączone z życiem rodzinnym – tak naprawdę nawet umycie głowy czy manicure praktycznie zawsze jest powiązany z pracą (to jednak często też spory minus). Planuję swój kalendarz i układam plan dnia konsultując ewentualnie tylko z moim mężem (a nie z szefem), a poza tym robię tak właściwie to, co chcę. Kiedy potrzebuję zwolnić, to zwalniam. Kiedy chcę wykorzystać stracony czas i czuję więcej energii – robię 10 rzeczy na raz 😉

***

Szczerze? Już nie wyobrażam sobie siebie na etacie i nawet nie chcę pamiętać sytuacji, kiedy musiałam myć głowę o 5 rano, o 7 byłam już w pracy, a Aleks po 9,5-10h dziennie spędzał w żłobku. Oczywiście, znów – wszystko odbywa się kosztem czegoś – w końcu prowadzenie działalności gospodarczej ma również swoje wady i ograniczenia, ale ja już nie chciałabym takiego życia. Czuję się spokojniejsza i szczęśliwsza, kiedy moje życie toczy się w zgodzie ze mną.

Pomówmy jednak przez chwilę o wadach bycia „na swoim”.


Przypominam, że jestem na Instagramie! @blondpanidomu – zapraszam do obserwacji 🙂


 

MINUSY

 

Jedną stałą jest zmiana

Ten punkt właściwie przyprawia mnie o mieszane uczucia – z jednej strony ciągłe zmiany to rozwój, a także zaspokajanie moich ambicji i kreatywności, z drugiej – totalny cios dla mojej perfekcjonistycznej osobowości. Bardzo nie lubię, kiedy nie wszystko mogę zaplanować z wyprzedzeniem i bardzo często specyfika mojej pracy zaprowadzała mnie w naprawdę ciemne zakamarki. Pracowałam już na wakacjach, ciężko przechodząc COVID czy realizując 4 sesje zdjęciowe w jeden weekend dosłownie „jadąc na oparach”. Wierz mi, planowanie max. 2 dni do przodu, bo „wszystko się może zdarzyć” naprawdę nie jest łatwe.

Wiem jednak, co to wytrwałość, dyscyplina i ciężka praca – oraz, że zwykle takie „niespodzianki” przychodzą znienacka 😉 Po 3 latach pracy na swoim i ponad 8 latach prowadzenia bloga śmiało mogę powiedzieć, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć i że jak sumienna byłam, taka wciąż pozostaję, a akceptację tego, czego nie mogę zmienić udało mi się wypracować w procesie terapii 🙂

 

Bycie ze wszystkim samemu

Praca na swoim na JDG to praca samotnika – praktycznie nikt nie rozumie tego, co robisz i czym się właściwie zajmujesz, że nawet jak nie pracujesz to pracujesz i z jakimi rozterkami mierzysz się każdego dnia. Wiele osób mylnie sądzi, że wszystko spada Ci z nieba, nie masz żadnych problemów, a własna firma to tylko cud, miód i orzeszki. Bycie samemu owszem, jest SUPER – jeśli ktoś jest introwertykiem tak jak ja, nie lubi marnować czasu na small talki, uważa, że wszystko zrobi lepiej sam – z pewnością przejście na swoje będzie dla takiej osoby wybawieniem 😉

Czasem jednak przychodzi wypalenie, poczucie wyobcowania i alienacja, a nawet lęk społeczny… Nie ukrywam, że moje centrum życiowe kręci się wokół domu – w ciągu dnia z nikim nie rozmawiam bo pracuję w domu, wypełniam obowiązki domowe w domu, popołudniami zajmuję się dziećmi – w domu. Z czasem zaczęło mnie to trochę przytłaczać i teraz z radością wyczekuję np. wyjść na siłownię. Owszem, mogłabym ćwiczyć w domu, ale dla osoby „na swoim” z czasem ten DOM zaczyna się kurczyć. Granice się zacierają, role życiowe mieszają, a Ty po raz kolejny uświadamiasz sobie, że każde zwycięstwo ma za sobą jakąś cenę. 

 

Niby nie ma szefa, ale czy na pewno?

Płynność finansowa to w dzisiejszych czasach niełatwy temat dla wielu przedsiębiorców. Trudno jest się utrzymać na powierzchni, tym bardziej, jeśli jak ja, po 2,5 roku korzystania z ulgi na start i preferencyjnych składek, w końcu wchodzisz na WYSOKI ZUS. Kiedyś już poruszałam ten temat, ale uważam, że wciąż niewiele osób rozróżnia PRZYCHÓD od DOCHODU. Zapominając przy tym, że każdy przedsiębiorca ponosi koszty prowadzenia swojej firmy – tutaj już mowa stricte o finansach 😉

Nikt nie mówi o tym, że zlecenia czasem są, a czasem ich nie ma (często sami musimy je odrzucać = wierz lub nie, ale influencerzy mają coś takiego jak kręgosłup moralny), klienci często płacą długo po terminie (a praktycznie zawsze co najmniej ostatniego dnia), a w międzyczasie taki przedsiębiorca musi za wszystko płacić z własnej kieszeni. Ja – w przeciwieństwie do polityki pracy niektórych agencji – opłacam wszystkie swoje zobowiązania na bieżąco. Nie biorę pod uwagę tłumaczenia się innym: „Bo mi klient jeszcze nie zapłacił”, bo powiedzmy sobie szczerze – kogo to obchodzi? Są przecież ściśle określone terminy płatności składek ZUS, podatku PIT i VAT. I nie ma że boli, płacić trzeba.

A czasem coś się przesunie, wykolei, wypadnie. Zachowanie płynności finansowej na JDG to nie lada sztuka i często poukładanie wszystkiego, tak by było dobrze potrafi spędzić nieco snu z powiek. Idąc tym tokiem rozumowania, można powiedzieć, że w pewnym stopniu SZEFAMI takiego przedsiębiorcy są jego KLIENCI. Bo to jednak od nich zależy wszystko. Nie piszę tego po to, by się żalić, bo jak zawsze TO ZALEŻY od punktu widzenia, np. z jednej strony nie mam tej stabilnej wypłaty konkretnego dnia każdego miesiąca, ALE czasem mam wypłatę kilka razy w miesiącu 😉 Znów – coś kosztem czegoś.

 


Przeczytaj jeszcze: Robisz coś jeszcze oprócz tego?


 

Czy podjęłabym decyzję o przejściu na swoje jeszcze raz, gdybym mogła cofnąć czas?

i

Technika: Analiza argumentów uwzględniająca bilans zysków i strat
i
Tę technikę poznałam rok temu, na początku mojego procesu terapeutycznego i przeprowadziłam ją właśnie w kontekście pracy na etacie vs. pracy na swoim. Oczywiście analizowane argumenty „ZA” i „PRZECIW”, a także te wynikające ze zmiany (podjęcie działania) i braku zmiany (zaniechanie działania) są MOIMI argumentami i nie każdy będzie miał takie same przemyślenia w ich zakresie.
i
Z pewnością jest to dla Ciebie oczywiste, ale poczułam potrzebę przypomnienia o tym fakcie – dokonana ocena ważności, podobnie jak i całe podsumowanie bilansu zysków i strat dotyczy MOJEJ sytuacji i doświadczeń. W końcu coś co jest dla mnie argumentem „ZA”, dla kogoś innego może być „PRZECIW” 🙂
i
i

 

Reasumując, praca na etacie na ten moment mojego życia ma dla mnie więcej strat niż zysków (wynik -16, bo ZYSKI-STRATY=WYNIK), a praca „na swoim” z wynikiem +27 to różnica o aż 43 punkty. Jestem więc w dobrym miejscu i nie rozpatruję zmiany – ta technika tylko utwierdziła mnie w już podjętej decyzji 🙂 Jeśli jednak Ty zastanawiasz się, czy miejsce w którym jesteś Ci służy, szczerze polecam Ci przeprowadzenie takiego zadania na sobie – będziesz wszystko miała czarno na białym 🙂

Mam nadzieję, że dzisiejszy artykuł był dla Ciebie przydatny i jeśli zastanawiałaś się nad zaprowadzeniem zmian w swoim życiu zawodowym, to dostarczył Ci pewnych odpowiedzi. Ja nie zmieniłabym podjętej 3 lata temu decyzji, choć jak widać (i jak wspomniałam wcześniej) „każde zwycięstwo ma jakąś cenę”, a mówiąc nawet prościej: w życiu zawsze coś odbywa się kosztem czegoś. Grunt, to odkryć na czym nam w danym momencie najbardziej zależy, a z czego jesteśmy w stanie z mniejszym bólem zrezygnować. Obyś wybrała dobrze! Tego Ci z całego serca życzę 🙂

 


Może zainteresuje Cię również: 6 najważniejszych lekcji po roku prowadzenia firmy



Zdjęcia: More for Family Fotografia


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz,
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, czy
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie.