Strefa Mamy

W 2015 roku straciłam część siebie.

Ten tekst będzie intymny i taki bardzo mój. Możesz go do końca nie rozumieć i mam tego świadomość, jednak mimo to chciałabym się swoimi przeżyciami z Tobą podzielić. Rok 2015 był dla mnie rokiem wielkich zmian, rokiem trudnym, rokiem obaw i strachu, ale też radości. Z pełną powagą mogę powiedzieć, że był to rok, w którym straciłam ogromną część siebie. Czy w zamian jednak coś zyskałam? Tego dowiesz się już za kilka chwil.

O tym, że po narodzinach dziecka wszystko się zmienia często się mówi, ale nie wprost. Perfekcyjne matki w idealnych domach udają, że to nieprawda, ale ja dziś postanowiłam zupełnie szczerze zmierzyć się z tematem. Rok 2015 to oczywiście rok, w którym urodził się mój syn i jednocześnie moment, od którego już nic nie było takie jak wcześniej. Cofnijmy się jednak w czasie, do roku 2010. O tym, że wtedy poznałam mojego męża i przeprowadziłam się do Poznania już wiesz (choćby stąd), wiesz też, że pomimo pewnych zawirowań ostatecznie od roku 2011 byliśmy już ze sobą w pełnowymiarowym związku i postanowiliśmy zamieszkać razem. Nigdy jednak nie opowiedziałam Ci, jak wówczas wyglądało nasze życie. Pomimo, że „na swoim”, mieliśmy dwoje współlokatorów. Tak, wynajmowaliśmy dwa pokoje po to, by wesprzeć domowy budżet i będąc totalnie szczerą, nigdy mi to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie: poznaliśmy mega fajnych ludzi, utrzymywaliśmy większy niż obecnie porządek (funkcjonowały wówczas dyżury sprzątania), a mieszkanie było zaopiekowane podczas naszych obecności (np. wyjazdów). Tak sobie żyliśmy przez lat 4.

 

Co porabialiśmy przez ten czas?

Oboje mieliśmy pracę i studia, a w domu byliśmy raczej gośćmi. Nie przeszkadzało nam to jednak posiadać wielu znajomych, często organizować dla nich spędy i dużo wyjeżdżać. W 2011 roku wyjechaliśmy w podróż życia (zawsze tak będę ją wspominać). Po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w życiu, spontanicznie siedliśmy do laptopa i wykupiliśmy 5 lotów. Postanowiliśmy odwiedzić 4 kraje i w sumie 7 miast (Oslo, Beauvais, Paryż, Mediolan, Bristol, Gloucester i Londyn). Zdarzyło nam się spać na posadzce lotniska w Mediolanie tylko na ręczniku kąpielowym (!!!), zostać wciągniętymi na bankiet świadków Jehowy w Paryżu, wpaść na rozprawę sądową w Londynie w stanie co najmniej wskazującym… ale też zwiedzać cudowne miejsca i zakątki, które do dziś przychodzą do mnie w snach 🙂 W kolejnych latach odwiedziliśmy wiele innych miejsc, niektóre z przyjaciółmi, inne we dwójkę. Myślę, że naprawdę życie mnie wtedy cieszyło. Pieniędzy było jakby dużo więcej, a potrzeb zdecydowanie mniej. 

t

 t

Jaka jest dawna Mirka?

To bardzo spontaniczna trzpiotka-roztropka. Zawsze zachowująca się jakby jutra miało nie być. Wiesz, żyjąca i ciesząca się daną chwilą. Niepoprawna romantyczka, ale twardo stąpająca po ziemi. Pomimo, że wiele razy w życiu dostała po tyłku, to wciąż ufająca ponad miarę. To też mistrzyni wpadania na wprost niezliczoną ilość pomysłów, które bardzo szybko potrafi wcielać w życie. Pomimo uwielbienia do spontanów, paradoksalnie zawsze musi mieć je starannie zaplanowane. Wyznaje zasadę: work hard, play hard. Najpierw działa, później myśli. Nie przejmuje się tak wiele, jak teraz. Bez większego problemu śpi w namocie, chodzi po deszczu i potrafi pić whisky z plastikowego kubeczka na ulicach Krakowa.

t

t

Miłość się mnoży

Można by powiedzieć, że choć zupełnie nie klasyczna, to właśnie historia naszej miłości. W 2014 wzięliśmy ślub, a krótko potem postanowiliśmy, że to jest ten moment, kiedy chcemy, by było nas więcej 🙂 Ostatniego dnia października dowiedziałam się, że jestem w ciąży i… nie, nie napiszę, że wszystko się zmieniło, bo jeszcze się nie zmieniło. Owszem, stan stanem, w międzyczasie jeszcze zdążyłam obronić magistra, a na sam koniec ciąży wymyśliłam sobie generalny remont mieszkania. Wiesz, taki fest: z kuciem ścian i wywożeniem 3 kontenerów gruzu, skuwaniem podłóg, skrobaniem tapety z sufitu (nie pytaj – efekty nad wyraz rozbudowanej wyobraźni poprzednich właścicieli). I właśnie wtedy pojawił się on. I dalej już nic nie było takie samo.

f

Zdjęcie: Renata Tomaszewska Fotografia
Zdjęcie: Renata Tomaszewska Fotografia
 f

Podliczenie zysków i strat

Co straciłam? Na pewno wolność. I choć już możemy sobie pozwolić na wyjście czy nawet weekendowy wyjazd bez dziecka, to ta taka w pełni beztroska wolność nie wróci nigdy. Mam na myśli tą taką wolność, kiedy nie musiałaś martwić się o to czy umrzesz. Wiadomo, że byś nie chciała, no ale nie drżysz na samą myśl o tym, co by było z nim, gdyby coś Ci się stało. Przedwczoraj po raz chyba ósmy oglądaliśmy I’m a Legend i ta scena, w której Will Smith wsadza do helikoptera żonę i córkę (graną przez córkę aktora, Willow Smith – przypis dla mojego męża, który chciał się zakładać, że to chłopiec!), a potem ten helikopter zostaje strącony przez inny i obie giną sprawia, że serce mi pęka na kawałeczki! Wiecie co powiedziałam do K? Że właśnie dlatego uważam, że rodzina powinna podróżować razem, bo jak zginą to razem. Może egoistyczne, ale tak uważam.

Nie żyję już chwilą. Planuję każdy następny dzień. Dopuszczam do głosu spontan, ale kontrolowany. Nie pozwolę sobie na picie w niedzielę wieczorem, bo muszę wstać do pracy, na której mi zależy, bo to ona zapewnia byt mojej rodzinie (więc i jemu). Rezygnuję z weekendowego wyjazdu, bo przecież on musi mieć nowe… (tu wstaw co chcesz: kurtkę, buty, leki itp.). Inaczej wyglądają moje priorytety. Wolę wakacje we trójkę niż road-trip we dwoje. Ale jednocześnie cieszę się, że tak dużo udało mi się zrobić zanim się urodził. I niczego nie żałuję.

Co zyskałam? Z pewnością więcej niż straciłam. JEGO. A on to: morze miłości, śmiech, radość, dotyk, czułość, zapach, ciepło, rodzina i jeszcze więcej miłości. Jest całym moim światem i choć nie żyję tylko dla niego, to dla niego głównie. Rzadko kiedy postrzegam rok 2015 w kontekście straty, choć myślę, że czasem warto wrócić do tego co było, by móc zwyczajnie to docenić. Nie odkreślać grubą kreską „poprzedniego” życia. Nie dzielić na życie „przed” i „po” dziecku. Nie wartościować w kategoriach „lepiej” i „gorzej”. Czasem dostanę przez sen z jego bańki w czoło albo kopniaka między żebra, często jestem tak zmęczona, że chce mi się wyć do księżyca, a mimo to pokornie z nim wstaję i idę się bawić „do kokoju!”. Doceniam każdą chwilę i każdy moment, bo kto wie, ile ich jeszcze jest nam danych razem. Dawnej mnie już nie ma, ale jest nowa i to dużo lepsza. To, co dziś jest rzeczy­wis­tością, wczo­raj było niereal­nym marzeniem. 

Zaw­sze trze­ba wie­dzieć, kiedy kończy się ja­kiś etap w życiu. Jeśli upar­cie chce­my w nim trwać dłużej niż to ko­nie­czne, tra­cimy radość i sens te­go, co przed nami.

Paulo Coelho

f

Zdjęcie: Karolina Dutkiewicz Fotografia Dziecięca
Zdjęcie: Karolina Dutkiewicz Fotografia Dziecięca

SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:

  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie
  • Jola Kierzkowska

    <3

  • Jesteście wspaniałą rodziną i miłość aż od was bije!!!

  • Agnieszka Sawicka

    Właśnie wymyśliłaś nową jakość w perfekcji- spontan kontrolowany! Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że spontaniczność nie jest Ci obca😀

  • Też chodzimy bawić się do kokoju 😉
    Świetnie napisane 🙂