Ciąża,  Strefa Mamy

Moje tu i teraz: listopad 2018

No i w końcu nadszedł – ostatni miesiąc roku. Zanim jednak przejdę do niego drugą nogą, muszę najpierw podsumować sobie wszystko to, co działo się w listopadzie. Był to dla mnie dość intensywny czas, obfitujący w to, co lubię najbardziej, ale i również w nieco więcej stresów. Co takiego się u mnie działo?

 

Listopad: My chcemy żyć, a nie tylko przeżyć

 

CZUJĘ SIĘ… całkiem dobrze, właśnie dziś. Listopad był pełen zawirowań. Znów miałam spadki wiary, ale tym razem szybko się z nich podnosiłam. W tym miesiącu po raz pierwszy jednak nie ciąża była na pierwszym planie, a projekty, które zajmowały mi głowę. Udało nam się dokończyć ten dotyczący metamorfozy sypialni z aranżacją kącika dla Oliwki (pierwszy wpis na ten temat planuję na około połowę grudnia) dosłownie rzutem na taśmę. Przy tej okazji mogłam po raz kolejny sprawdzić się w sytuacjach kryzysowych i ugasić kilka pożarów, ale… udało się! Remont skończony, aranżacja domknięta, wyprawka już w większości skompletowana… Ach, będzie o czym opowiadać! 🙂

 

JESTEM WDZIĘCZNA… za każdy dzień. W minionych tygodniach bardziej niż kiedykolwiek okazywałam uczucia, liczyłam każdy buziak i starałam się ze wszystkich sił zapamiętać każdy uścisk mojego dziecka. Praktycznie każdego dnia łzy napływały mi do oczu, a spływały po policzkach tylko wtedy, kiedy mnie nie widział.

O tym, że Aleksa czeka zabieg wycięcia migdałka gardłowego wiedzieliśmy już od ponad pół roku. Początkowo miał odbyć się we wrześniu, ale poprzez jego sierpniowy pobyt w szpitalu (w związku z zapaleniem opon mózgowych) musieliśmy przesunąć termin o 3 miesiące. Wtedy jednak okazało się, że na ten rok skończyły się limity na tego typu zabiegi w klinice prywatnej, na którą się zdecydowaliśmy i termin będzie styczniowy. Trochę mnie to przeraziło, bo to już przecież będzie III trymestr ciąży, ale jednocześnie uspokoiło, że dzięki temu „będę stresować się później”.

I nagle telefon – „Zwolnił się termin za półtora tygodnia, decydują się Państwo?”. Wzięliśmy. Ostatni tydzień listopada był dla mnie katorgą. Przeczytałam i obejrzałam wzdłuż i wszerz chyba cały internet. Ciągle miotałam się jak głupia pomiędzy jedną, a drugą „słuszną decyzją”. Co najmniej raz dziennie zastanawiałam się, czy ja będę w stanie dalej żyć, jeśli jemu coś się stanie? Wiem, że to prosty i często wykonywany w otolaryngologii zabieg, ale co, jeśli statystyka nie będzie łaskawa akurat dla nas? W końcu ktoś podczas tych zabiegów umiera, prawda? Pewnie znasz to: „Operacja się udała, ale pacjent zmarł”? W takich momentach zawsze przychodzi moment, kiedy pocieszamy się myślą „Nieeee, nas to nie spotka”. A ja pytam: Dlaczego nie? Dlaczego myślimy, że akurat nie nas? A jeśli tym razem padnie na nas? Na moją rodzinę, na moje dziecko?

8 minut za drzwiami sali operacyjnej było najdłuższymi minutami w moim życiu, ale… daliśmy radę. On i My. Dziś mija druga doba od zabiegu i wygląda na to, że już żadne komplikacje nie wystąpią. I właśnie za to jestem wdzięczna najbardziej na świecie. Że moje modlitwy zostały wysłuchane.

 

 

TĘSKNIĘ… o dziwo, po raz pierwszy od dawna nie tęsknię za niczym. Ten miesiąc pozwolił mi zrozumieć, jak wiele mam i nie pozwolił na zbytnie rozczulanie się nad sobą. Szczerze – nie sądziłam, że przyjdzie taki moment w tej ciąży, że będę bardziej stresować się o zdrowie i życie mojego dziecka poza brzuchem, niż tego w brzuchu. A jednak. Nie sądziłam, że będę żyć ze ściśniętym żołądkiem i zakładać najgorsze scenariusze. Myśleć, co będzie, jeśli jego miałoby już tutaj nie być. Starać się pozbyć tych złych emocji, ale… nie móc.

Wiesz, jakie to uczucie wchodzić do pokoju swojego dziecka i myśleć, że być może za kilka dni to już nie będzie jego pokój? Przytulać jego ciepłe ciałko i myśleć, że może już nigdy więcej go nie poczuję? Sama byłam zła na siebie, za swoje myśli, za to, że może przywołuję to zło do nas. A jednocześnie… poczułam, że kocham jego, nas, nasze życie o wiele bardziej niż kiedykolwiek. Czerpałam z każdego momentu razem, całowałam i przytulałam jak szalona. Jestem daleka od stwierdzeń, że taki stan jest dobry, ale z pewnością pozwala uświadomić sobie, że nic w życiu nie jest nam dane na pewno i na zawsze. Że trzeba doceniać każdą jedną chwilę z ukochaną osobą – bo nigdy nie wiemy, czy nie jest ona tą ostatnią.

A więc nie… nie tęsknię za niczym. Mam wszystko, czego potrzebuję do szczęścia. Absolutnie wszystko.

 

Czytam, Słucham & Oglądam

 

Czytam: wszystkie dostępne w internecie materiały na temat wycinania migdałków… i chyba nic więcej 😉

Słucham: świątecznych piosenek & nieco rapu. Przypomniały mi się dawne upodobania 😉

Oglądam: inspiracje dotyczące aranżacji małych wnętrz z uwzględnieniem kącika dla niemowlaka 🙂 , a poza tym Netflix wciąż i wciąż ♥ Wpis z ostatnimi obejrzanymi produkcjami jest jeszcze w szkicach, ale mam już ich tyle, że prawie na kolejny tekst serialowy!

 

Czas teraźniejszy dokonany

 

Co udało mi się w tym miesiącu zrealizować?

 

CHCIAŁABYM… żyć, a nie tylko przeżyć. Czerpać z życia garściami. Żyć na poważnie, żyć na sto pro!!! A nie tylko przeżyć pewne momenty i je odhaczać na liście „zrobione”. Ostatnie tygodnie mocno uświadomiły mi, jak cenną wartością jest dla mnie życie. I że to, jak będzie wyglądać, zależy w dużej mierze ode mnie. Chcę więc zacząć mieć na nie realny wpływ. Właśnie tu i teraz.

A Ty? Czego pragniesz „tu i teraz”?

 


Autorką zdjęcia jest Karolina Dutkiewicz Fotografia. Gorąco zapraszam Cię na jej profile na Facebooku oraz Instagramie.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie