Ciąża,  Strefa Mamy

Czy jutro będziemy szczęśliwi? Moja trzecia ciąża.

Nadzieja. Podobno nią warto żyć. Praktycznie nikt o tym nie wie, ale jestem w 10 tygodniu trzeciej ciąży. Radość, prawda? Też mi się tak wydawało. Jednak po tym, co się wydarzyło w ubiegłym roku (przeczytaj: historia mojej drugiej ciąży) nie było mowy o spokoju i beztrosce. I choć początkowo wierzyłam, że ta ciąża, ta upragniona i wyczekana w końcu będzie bezproblemowa… Jednak nie było na to szans.

 i

Raz

Od początku wierzyłam, że będzie dobrze. Nauczona doświadczeniem nie leciałam do lekarza po pierwszym pozytywnym teście. Postanowiłam cierpliwie poczekać do 8 tygodnia ciąży, by mieć pewność, że podczas badania w końcu zobaczę to, na co tak czekam – maleństwo z bijącym jak dzwon serduszkiem. Doczekałam się – widziałam na usg całe 3 mm dzieciątka, serduszko też biło. Ale – zawsze musiało być jakieś ale… nagle ogarnęły mnie jakieś chore przeczucia i złe myśli. Pomimo wizyty i upewnienia się, że wszystko jest ok, zupełnie nie wiem dlaczego, ale zaczęłam się stresować. W końcu zrozumiałam najważniejsze: jak się wcześniej doświadczyło poronienia nie ma już mowy o spokojnej i bezstresowej ciąży. Zawsze będzie siedział z tyłu głowy niepokój, gotów zaatakować w najmniej spodziewanym czasie.

W ciąży z Aleksem nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś może pójść nie tak. W końcu takie rzeczy spotykają inne kobiety, a nie mnie. Wtedy żyłam chwilą i wprost rozpierało mnie szczęście. W 8 tygodniu ciąży mieliśmy już kupiony dla niego wózek, bo akurat okazyjnie udało nam się dostać taki wymarzony. Kompletowałam wyprawkę, bo chciałam te koszta rozłożyć sobie sukcesywnie w czasie, na wszystkie miesiące ciąży. Tego, że mogę urodzić przedwcześnie i nie dotrwać do terminu planowanego cięcia również nie brałam pod uwagę. Zdążyłam w międzyczasie skończyć studia i obronić magistra. Na dwa miesiące przed porodem ruszyliśmy z kapitalnym remontem całego mieszkania. Skończyliśmy na dwa tygodnie przed rozwiązaniem. Aleks urodził się zgodnie z planem, w terminie ustalonym 4 miesiące wcześniej z lekarzem prowadzącym. Pozytywne podejście nie opuszczało mnie na sekundę, a wątpliwości nie miały nawet okazji się pojawić. Cały czas byłam przekonana, że przecież nie może być inaczej jak tylko dobrze. I może właśnie to podejście doprowadziło do pozytywnego finału?

 

Dwa

W drugiej ciąży już nie było kolorowo. Szybko pojawiły się niepewności, komplikacje i realne zagrożenie. Najpierw wyrok ciąży pozamacicznej, później nie rozwijającej się w prawidłowym tempie. W końcu wyrok: poronienie samoistne w 8 tygodniu. W tej (trzeciej) ciąży, choć niby czułam się spokojna i “zaprawiona” od początku było mi jakoś dziwnie. Miałam świadomość, że we wczesnej ciąży tak naprawdę wszystko może się zmienić dosłownie z minuty na minutę. Dlatego też nikt nie wiedział o ciąży, poza naprawdę niewielką garstką osób – tak naprawdę tylko z mojej strony, bo K. zdecydował się nie mówić o niej nikomu. Uważałam to za dobrą decyzję – im mniej osób wie, tym lepiej.

Miałam takie poczucie, że niby ta ciąża jest, czuję ją, widziałam maleństwo na usg, ale jakoś tak… nie dowierzam, że zostanie ona z nami do końca. Sama byłam na siebie wściekła za te myśli, jakbym to właśnie ja na siłę chciała przyciągnąć coś złego. Nawet z K. praktycznie o niej nie rozmawiam, nie planuję, nie wybiegam do przodu… po prostu nie “przyzwyczajam się”. Nie umiem inaczej. Tak bardzo pragniemy tego dzieciątka i żeby wszystko było z nim dobrze, że ta niepewność nas po prostu przerasta. Powinniśmy, ale nie rozmawiamy na ten temat, tyle co musimy. W głębi serca i duszy każde z nas to jednak przeżywa całym sobą.

Nie umiem też opisać uczucia, które towarzyszy mi podczas czytania wypowiedzi kobiet na forum ciążowym, do którego dołączyłam. Rozmawiają o imionach, wymieniają się terminami porodów, planują w jakim szpitalu chcą rodzić, a znaczna ich część jest już na zwolnieniu lekarskim. A dla mnie to wszystko wydawało się po prostu… głupie i niepotrzebne. Nad wyrost. A jednocześnie zazdroszczę im tej beztroski i podejścia nie obarczonego strachem przed utratą. Kolejną. No i w końcu pojawia się on – dystans do ciąży, którą noszę w sobie. Mur, który wyrósł w moim sercu jest już nie do przeskoczenia. Miłości mam wręcz w nadmiarze, ale sił by się nią dzielić… brak. Zaczęłam sobie nawet uświadamiać, że tak “dobrze” sobie poradziłam z poronieniem w drugiej ciąży, że już nic mnie nie zabije. Że jestem przygotowana na najgorsze w każdej chwili, a jednak… teraz to wiem, takie podejście – choć zupełnie nie miałam na nie wpływu – nie było dobre. Zamknęłam się w sobie. Cały czas powtarzałam, że zrobię to i tamto “jak z ciążą będzie wszystko dobrze”. Ciągle i ciągle brałam ją w wielki znak zapytania. Wychodzi na to, że od początku w nią zwyczajnie wątpiłam.

 

Trzy

Wszystkie emocje związane z chęcią posiadania drugiego dziecka i stratą, której doświadczyłam, dały mi jednak pewną cenną lekcję: najszczęśliwszych momentów w życiu nie jesteśmy w stanie zaplanować. One przychodzą same, dokładnie wtedy kiedy chcą. Jedyne, co możemy zrobić, to cieszyć się chwilą, doceniać to, że teraz jest dobrze, a jak się coś ma stać to i tak się stanie. Maxie C. Maultsby powiedział kiedyś:

 

80% rzeczy, których się obawiasz nigdy się nie wydarzy, na 12% nie masz wpływu, a z pozostałymi świetnie sobie poradzisz.

 

Aktualnie jestem w rozsypce. Wg. ostatniej miesiączki leci mi 10 tydzień ciąży. Wczoraj trafiłam na izbę przyjęć, dziś mnie czeka wizyta u lekarza prowadzącego. Pół nocy nie spałam i poukładałam sobie trochę w głowie. Kolejny dzień do przodu to dobry dzień i na tym się skupiam. Co ma być to będzie i jeśli nie mam wpływu na to, co się stanie, to nie mogę się zadręczać. Bo czy to coś zmieni?

Jeśli jesteś tu ze mną i czytasz mnie już trochę dłużej niż trochę to wiesz, że się wszystkim przejmuję bardziej niż powinnam. W związku z tym nie jestem w stanie przez fakt, że jestem w ciąży przejść nagle jakiejś wielkiej transformacji osobowościowej. Tak już mam, taka się urodziłam i taka jestem. Choć boję się powiedzieć głośno, że jestem w ciąży i jestem szczęśliwa, bo ogarnia mnie strach, że znów to szczęście zostanie mi odebrane to czuję ogromną potrzebę przelania moich emocji tutaj. Podobnie jak w poprzedniej ciąży – nie jestem w stanie mydlić Ci oczu, że jest dobrze i podrzucać innych tematów – zapychaczy.

Ba, ja nawet nie jestem w stanie myśleć, a co za tym idzie i pisać o czymś innym. Mam chwile, że modlę się do św. Rity i wierzę, że będzie dobrze, mam też częste chwile zwątpienia. Jednak możliwość podzielenia się z kimś innym tym, co przeżywam jest dla mnie nieoceniona i naprawdę działa na mnie pokrzepiająco. Po raz kolejny liczę, że ktoś w moich słowach znajdzie pokrzepienie i dla siebie.

 

Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie masz wpływu.

Epiktet

i

Koniec

Ten wpis powstał w ubiegłym tygodniu. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że wizyta u lekarza pozwoli mi na powrót uwierzyć w tą ciążę. Niestety ten dzień to był wyrok, kolejny raz… Usłyszałam, że serce nie bije. Chodziłam z tym dzieciątkiem pod sercem, a jego po prostu przestało bić i to nawet nie wiem w którym momencie.

W sobotę poprowadziłam jeszcze Spotkanie w Kolorze Blond. Nie byłam w stanie go odwołać, choć może powinnam. Może uznasz mnie za wariatkę, ale uważałam, że wśród tego całego smutku i zła, które mnie spotkało należy mi się choć trochę szczęścia. Sobota łączyła ze sobą dwie skrajności – świetne przedpołudniowe spotkanie w gronie cudownych kobiet i moich przyjaciółek i popołudnie – z krwotokiem, spędzone w szpitalu i z miejsca wykonywanym zabiegiem.

Już nie myślę, już nie mam nadziei i nic nie planuję. Resztki tej, którą posiadałam zostały mi odebrane ot tak, bezpardonowo. Trzecia ciąża na koncie i druga martwa. Tylko tym razem było inaczej – widziałam maleństwo na monitorze, słyszałam, jak bije jego serduszko. Nie zdążyłam nawet uwierzyć w to, że jestem w ciąży. Może dlatego była z góry skazana na przegraną? Bo nie dałam jej szansy, nie uwierzyłam w nią pełnią sił? Ale czy zasłużyłam na to, by siebie obwiniać? Wiele pytań krąży w mojej głowie i wiele żalu i wyrzutów. Że po drugiej ciąży nie miałam szansy na dojście do siebie, na złapanie jako takiej równowagi psychicznej. Że pomiędzy zmianą pracy również. Że nie pozwoliłam sobie na żałobę, tylko za cel postawiłam sobie bycie silną, może zbyt silną? Dlaczego tak się stało? Może na to pytanie choć częściowo odpowiedzą nam wyniki badań genetycznych, na które czekamy.

 

Wiara, nadzieja i miłość?

Dzisiejszy tekst miał być właściwie o czymś innym. Miał powstać w ramach kampanii społecznej #DBAMboKOCHAM (organizowanej przez dziewczyny z Save the Magic Moments i Socjopatka.pl), w której udział bierze 28 blogerów poruszających tematy związane z dbałością o związek poprzez różne jej aspekty. Pokazujemy różnorodność relacji oraz przeszkód i problemów, na jakie się w naszym życiu natykamy. Podpowiadamy, jak radzić sobie podczas kryzysów (np. bezpłodność, adopcja, utrata dziecka, brak czasu, zmiana charakteru i zachowań jednego z małżonków). Ja zgodziłam się napisać o tym, jak dbać o związek po poronieniu. Dzisiejszy tekst miałam zakończyć z nadzieją i być może dobrą wiadomością. Niestety los zadecydował inaczej. Postanowiłam jednak mimo wszystko się naszą tragedią z Tobą podzielić.

Wierzę, że nie to, co przeżywamy, ale jak odczuwamy to, co przeżywamy, stanowi o naszym losie. Ja teraz pozwolę sobie na żałobę. Na to, by przeżyć to po swojemu, tak jak nie miałam szansy poprzednim razem. Przejdziemy przez to razem, teraz jest dużo trudniej, ale damy radę. Choć sama w to jeszcze nie wierzę, to łudzę się, że tak właśnie będzie.

 

No cóż, ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha.

Michaił Bułhakow

 

Jestem wytrwała. Zawsze wtedy, kiedy kocham.

 


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie