Inspiracje,  Styl życia

Walcząc z Alzheimerem. 4# Maski, które nosimy.

Świetnie zorganizowana i samowystarczalna. „Dam radę” to jedna z moich życiowych dewiz. Cechuje mnie ostrożność i ostry krytycyzm. Analizuję świat i ludzi do suchej nitki, podchodzę do życia intelektualnie, wręcz naukowo. Dostrzegę każdy szczegół. Żyję akuratnie. Nie pozbawia mnie to jednak zmartwień, bo przecież jestem urodzoną pesymistką. Mam silną potrzebę zaprowadzenia porządku tam, gdzie się znajduję. Wszystko muszę mieć zrobione idealnie, ja muszę być idealna. Nie pokazuję słabości, choć jestem absolutnie szczera. Zakładam maski, choć nie zdaję sobie z tego sprawy. Bo jak to możliwe, że jednocześnie umiem być szczęśliwa w telewizji, wygadana na konferencji, a zarazem… taka pusta w środku?

To tylko niektóre z masek, które zakładam. Kiedy pracuję – jestem przywódcą, w domu – multitaskiem, który ogarnia codzienność, w relacji z mężem – partnerem, a dla własnego dziecka pewnie (jeszcze) jestem Bogiem… Zastanawiam się, kiedy upłynął ten czas, kiedy mogłam być po prostu sobą. Kiedy nikt ode mnie niczego nie wymagał, ani nie oczekiwał. Kiedy moim jedynym zadaniem było pójść do szkoły. Dawno, oj dawno. Nie zrozum mnie źle, poprzez maski, które są ze mną cały czas nie staję się mniej autentyczna. Przecież wszyscy je nosimy. Grunt, to zdać sobie sprawę, że walka z „formą” jest z góry skazana na niepowodzenie.

 

Szyderstwo ze złudzeń o własnej autentyczności

Sam Gombrowicz również jest zdania, iż człowiek nie może się pozbyć definitywnie swojej maski – poza nią nie ma bowiem żadnej twarzy:

 

[…] tu można tylko żądać, aby uprzytomnił sobie swoją sztuczność i ją wyznał.

 

I to wyznanie pozwala go ocalić, uratować od zagłady jego osobowość – a to dzięki samej już woli autentyczności i głębokiemu przekonaniu, że chce być sobą, uparcie i wbrew wszystkiemu.

To wszystko uderzyło mnie w ubiegły weekend, kiedy to wyrwałam się z objęć smutku i żalu i mogłam przez chwilę pobyć „inną sobą”. Ciekawą świata i gotową na to, co może mi dać. Wyjechałam i rzuciłam się w wir aktywności, które pozwoliły mi nie myśleć. Jednak kiedy wspomnienie tego, co się stało, powracało i domagało się swojego miejsca – tego miejsca mu odmawiałam. Wmówiłam sobie, że nadszedł czas, aby poczuć się trochę lepiej, wesoło się uśmiechałam, ale… cierpienie czaiło się cały czas u progu. Zrozumiałam, że negowanie smutnych emocji nie sprawi, że one znikną. Aby naprawdę je pokonać, trzeba je przeżyć. Tak w pełni.

Przeżywanie bólu, wyrażanie go i otwarcie się na innych jest szalenie trudne. Wydawać by się mogło, że łatwiej będzie założyć uśmiech na twarz i zachowywać się jak dawniej. Wyłączyć emocje, wyłączyć myślenie. Otóż nie. Smutek, który towarzyszy nam w traumatycznych sytuacjach musi mieć swój czas, by przyjąć całość przyszłego życia bez lęku. By otworzyć się na rzeczywistość. Teraz wiem, że muszę przejść pewną drogę, aby zaakceptować tą stratę i poczuć się gotowa na myślenie o przyszłości i snucie nowych planów.

 

Skamienienie emocjonalne

Zrozumiałam też, że kobieta, która doświadczyła tego co ja, przez długi, długi czas żyje jakby „w zawieszeniu”. W jej głowie mnożą się pytania i wątpliwości: zastanawia się, dlaczego tak się stało i, przede wszystkim – czy się nie powtórzy. Nie chce pójść dalej, bo nie wie dokąd. Przecież całe swoje życie ustawiła pod te jedne, konkretne plany. Miała gotowe projekcje w głowie na temat tego, co się wydarzy. A kiedy wszystko to runęło… nie jest gotowa na zmianę. Nie żyje, tylko wyobraża sobie życie.

W szczególności dotyczy to kobiet, które straciły ciążę i długo starają się o kolejną. Na pewnym forum internetowym natrafiłam na wiele wypowiedzi, z którymi się w całości utożsamiałam. Wszystkie brzmiały podobnie: „nie wezmę antybiotyku, bo może jestem w ciąży”, „nie wypiję alkoholu, bo może jestem w ciąży”, „nie kupię karnetu na siłownię, bo może zaraz będę w ciąży”, „nie zmieniam pracy, bo przecież może za chwilę będę w ciąży”. Znam takie kobiety, które po urodzeniu pierwszego dziecka od 3 lat „siedzą w domu”, leczą się z wtórnej bezpłodności, tracą kolejne ciąże i uważają, że przecież nie ma sensu wracać na rynek pracy, bo „przecież nie zdążę za długo popracować”. Rozumiem je i jestem z nimi całym sercem. Jednak faktem jest, że z potencjalną ciążą usytuowaną w bliżej nieokreślonej przyszłości nie są w stanie ruszyć z miejsca. Ja też długo tkwiłam w tej pułapce.

Ciąża to z definicji czas radosnego oczekiwania, pełnego projektów i nowych planów życiowych. W tekście o mojej ostatniej ciąży pisałam Ci jednak, jak bardzo się wtedy bałam. Jak nie potrafiłam w nią uwierzyć. W międzyczasie jednak natrafiłam na badania na temat takiego stanu kobiety, która jest „jedną nogą w środku, a drugą na zewnątrz”Ich wyniki wykazały, że istnieje pewnego rodzaju „skamienienie emocjonalne” u przyszłej matki, która czuje się niepewnie i chce się bronić przed kolejnym (spodziewanym) rozczarowaniem. Dokładnie tego doświadczyłam. W takiej sytuacji pozostaje tylko… wykazać się cierpliwością. Może tu też pomóc koncentrowanie się na pozytywnym myśleniu i unikanie tłumienia emocji (zakładania maski). Mi najbardziej pomaga poczucie, że inni mnie słuchają i rozumieją. Ta możliwość „wylania” swoich uczuć choćby tutaj, wiadomości pełne wsparcia, które otrzymuję w komentarzach czy wiadomościach prywatnych i przede wszystkim możliwość rozmowy z osobami, które „znają całą historię”, a jeszcze „lepiej” (straszne słowo), jeśli przeszły to samo. A obawa, że już nigdy nie będzie się (po raz drugi) matką to temat na odrębną historię.

Teraz staram się pracować nad swoją gotowością do akceptacji zmiany. Skupiam swoje myślenie jedynie na tych rzeczach, na które mogę mieć faktyczny wpływ. Skoro „jedyną stałą w życiu jest zmiana”, to dlaczego by nie poszukać dla siebie innego rozwiązania? Czas w końcu przestać żyć iluzją. Porzucić podejście życzeniowe. Przestać wierzyć, że „coś się stanie” czy „coś się zmieni”. Samo nic się nie zrobi. To my odpowiadamy za kształt naszego życia.

A Ty, jakie maski zakładasz i dlaczego?

 


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie
  • To niesamowite, że ostatnio doszłam do podobnych wniosków, ale nie potrafiłabym lepiej ująć tego wszystkiego w słowa! <3