Strefa Mamy,  Styl życia

Mama na etacie: mój typowy dzień v. 2

Praca nad tekstem dotyczącym podsumowania roku 2017 nasunęła mi dużo przemyśleń w temacie tego, co mi przyniósł pod kątem pracy zawodowej i jak ewoluowało moje podejście do tej na etacie w powiązaniu z jednoczesnym zajmowaniem się małym dzieckiem. Jak wygląda mój dzień, odkąd wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim i jak sobie radzę z wyzwaniami, jakie stawia przede mną codzienność pisałam już w ubiegłym roku. Od tej pory jednak się sporo zmieniło, więc postanowiłam poddać pod rozważania aktualny status życia mojej rodziny. Jak to właściwie teraz wygląda? Co się zmieniło, a jakie stałe elementy trwają niezmiennie?

 

KIM JESTEM?

Przede wszystkim zmieniło się moje podejście. Przestałam wierzyć w to, że jestem cyborgiem i w ogóle przestałam do tego dążyć. Zdałam sobie sprawę, że nawet choćbym bardzo chciała i bardzo się starała to nie jestem w stanie wykrzesać czasu i chęci na wszystko, a dla własnego zdrowia psychicznego powinnam pewne rzeczy odpuścić. Miniony rok był dla mnie szarpaniną o to, co niemożliwe. Próbowałam być efektywnym pracownikiem, matką roku, żoną idealną, perfekcyjną gospodynią i wierną przyjaciółką. Szara rzeczywistość mamiła mi oczy tym, że podobno można. Wierzyłam w takie dyrdymały, że jak tylko się chce, to można wszystko pogodzić. I choć jestem zorganizowana jak nikt inny i posiadam naturalną zdolność do rozciągania czasu ponad miarę to naprawdę nie będę ściemniać, jeśli powiem: nie da się. Te słowa to nie ciche przyzwolenie na to, żeby przestać się starać, żeby Ci dowalić, czy żeby zaraz podniósł się głos, że najwidoczniej nie daję z siebie wszystkiego. To szczera prawda i im szybciej ją sobie uświadomisz, tym lepiej dla Ciebie. Nie marnuj więcej czasu na chorą pogoń za niedoścignionym. Nie jest takie tylko z nazwy.

 

„Matka” to czasownik. To coś, co robisz, nie tylko ktoś, kim jesteś.

Cheryl Lacey Donovan

 i
MAMY NIE BIORĄ ZWOLNIENIA

Gdzie w takim razie leżał mój błąd? Trudno było mi sobie to uświadomić, ale… w ustalaniu priorytetów. Tak, to właśnie ja miałam z tym problem. Mylnie wierzyłam, że dostanę order za dobre sprawowanie i na piedestale postawiłam etat. Poświęcałam dla pracy siebie, swoją rodzinę i własne zdrowie. Chodziłam chora do pracy, angażowałam się do przesady, a kiedy obowiązków mi przybywało, a ja czułam się przeładowana, rozpierała mnie jedynie duma z samej siebie i zadowolenie z tego, że przecież dzięki temu dużo się uczę. Czułam, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu i wówczas wyraźnie rozwinęło się we mnie poczucie zadowolenia z odpowiedzialności za wiele kwestii, którymi się zajmowałam. Kiedyś, za rok, może dwa, może w innej formie niż pisana opowiem Ci więcej w tym temacie, bo wiem, że jestem Ci to winna, ale musisz jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Ten moment nadejdzie. Teraz jednak z perspektywy nie mogę się nadziwić temu, jaka byłam głupia. Potrzebowałam dużo czasu, żeby sobie ten fakt uświadomić i w końcu się udało. W listopadzie związałam się z nowym pracodawcą i przewartościowałam całe swoje podejście do życia od nowa. Kolejne osiągnięte cele osobiste i blogowe mocno mnie podbudowały i pozwoliły pojąć czym są rzeczy ważne i ważniejsze.

 

 

czy jestem superbohaterką?

Jak godzę pracę na etacie z pisaniem bloga, wychowywaniem dziecka i całą resztą? Zabij mnie, ale pojęcia nie mam. Jeśli liczyłaś, że w tym miejscu zdradzę Ci jakąś prawdę objawioną to niestety, ale aktualnie nie mam żadnej na zbyciu 😉 Odkąd zmieniłam pracę doba jeszcze bardziej mi się skurczyła, bo jestem w domu jakieś minimum półtorej godziny później niż poprzednio i są to okolice godziny 17:30 (a czasem i dalej). Co więc decyduję się robić z tak szaloną częścią dnia do dyspozycji? Zwykle jest to kwestia wyborów: zabawa z Aleksem czy obowiązki? Zasłużony odpoczynek czy blog? Gotowanie obiadu na jutro czy sen? Co wybieram? Niestety, czasu i sił zwykle wystarcza mi tylko na 1-2 rzeczy dziennie. Często leżę z Aleksem w łóżku ze świadomością co jeszcze mam do zrobienia, czasem zasypiam z decyzją, że nie zrobię już tego dnia nic. I tutaj nie ma co się biczować, przeklinać rzeczywistości czy płakać po kątach. Im szybciej zaakceptujesz to co masz, tym lepiej.

Jedyne, co możesz zrobić to się po prostu starać, tak jak to z pewnością robisz do tej pory. Starać wykrzesać z siebie więcej i więcej, ale nie przeżywać, jeśli się nie uda w 100%. I cieszyć z każdego, nawet małego codziennego sukcesu. Odkąd tak robię, naprawdę czuję się bardziej spokojna i szczęśliwa zarazem. Nie rozpamiętuję w kółko tego, co mi się nie udało, nie nastawiam się źle, a w zamian zapodaję sobie w głowie tylko pozytywne scenariusze. 

Jestem też teraz lepszym pracownikiem. Lepszym również dlatego, bo bardziej świadomym. Macierzyństwo wzmocniło we mnie takie cechy jak dobra organizacja, kreatywność i… szacunek do samej siebie. Jak wiadomo matki nie lubią (często, jak w moim przypadku po prostu nie mogą) zostawać po godzinach, bo muszą odebrać dzieci z różnych instytucji i o tyle o ile z maluchem to się w większości przypadków wraca prosto do domu, o tyle starsze dzieci mają często dodatkowe zajęcia, na które trzeba zdążyć czy prace domowe, które same się nie odrobią. Dlatego ja, jako mama staram się wykonywać moją pracę jak najszybciej, a jednocześnie jak najlepiej, tak by punkt 16:30 móc z czystym sumieniem opuścić biurko i z wywieszonym językiem i potem lecącym po tyłku móc przebić się przez popołudniowe korki jeszcze przed zamknięciem żłobka. Co to o mnie mówi? Ni mniej ni więcej tyle, że na nowo poukładałam swoje priorytety. Że mam swoje życie po pracy, rodzinę i własne zobowiązania i to one są dla mnie najważniejsze.

 

nie ma zmian bez motywacji

Jeden z większych progów, jaki ludzie mają do przekraczania jest próg związany ze zmianą tożsamości. Zatem, jeśli pożądana przez nas zmiana jest bezpośrednio związana z koniecznością zmiany w samopostrzeganiu i samookreślaniu siebie, mamy duży kłopot z dokonaniem jej. I choć wiemy, że zmiana jest nieuchronna i bardzo jej chcemy, często czujemy wewnętrzny opór. Siła tych odczuć jest wprost proporcjonalna do tego, jak silnie utożsamiamy się z jakąś naszą częścią. Ja na etacie pracowałam od zawsze i nigdy nie znałam innej formy pracy. Odkąd zajmuję się również pisaniem bloga jednocześnie cały czas uczę się bycia po części freelancerem. Etat to dla mnie bezpieczeństwo, przywiązanie i spełnienie potrzeby posiadania gruntu pod nogami. Jednak od momentu, kiedy w minionym roku dosadnie poczułam jak owy grunt może się z dnia na dzień usunąć się spod nóg, przeżyłam swoisty rozpad tożsamości. Przecież etat mnie określał! Szybko pojęłam, że praca dla kogoś powinna być dla mnie środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Że dzięki niej rozwijam swoje najlepsze cechy, realizuję swoje ambicje, spędzam czas z wartościowymi osobami, ale przede wszystkim jednak… zarabiam na chleb. Dopóki tego nie wiedziałam, nic nie przerażało mnie tak bardzo jak poczucie, że nie wiem kim tak naprawdę jestem i jaki mam pomysł na siebie. U mnie to był moment, kiedy moja stara tożsamość przestała już funkcjonować, a nowej jeszcze nie było. Jednak, gdy celem jest złoto, pojawia się siła do walki z przeszkodami i wewnętrzna determinacja. 

No dobrze, już wiesz skąd czerpię siłę i chęci, kiedy przewartościowałam swoje życie i plany i co zapewnia mi spokojny byt. Przejdźmy jednak do podsumowania i jednocześnie odpowiedzi na pytanie zadane w tytule: jak obecnie wygląda mój typowy dzień? Myślę, że wiele nie różni się od Twojego. Wstaję rano, szykuję Aleksa do żłobka, K. go tam zawozi i sam jedzie do pracy. Mam jeszcze ze 20 minut w domu, więc szybko ogarniam sypialnię i jadę do pracy. Wychodzę z pracy, jadę po Aleksa, jedziemy do domu (albo jeszcze po jakieś zakupy). Co robię w domu? Wszystko po trochu. Kiedy znajduję czas na pisanie bloga? Kiedy zabieram go z innego miejsca. Kiedy nie bawię się z moim dzieckiem, kiedy nie wstawiam pralki, kiedy odkładam mycie włosów na 5 rano, kiedy odmawiam wyjazdu na weekend. Zbieram go po trochu, ziarnko do ziarnka i z tego wychodzi mi jako taka całość. A jednocześnie mam czas na wszystko, to co chcę. Nie na wszystko – ale na to, co jest na mojej liście celów danego dnia.

A Ty, kim jesteś? Jak wygląda Twój typowy dzień? Udaje Ci się łączyć pracę zawodową z innymi obowiązkami? A może umiesz szybko odpowiedzieć na pytanie, co jest tak naprawdę dla Ciebie ważne?

 

 

Zdjęcia wykonał: Łukasz Roszyk Photography. Gorąco zapraszam Cię na jego fanpage.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie

 

  • Anna Kozakiewicz

    Fajny tekst i taki życiowy

  • Widzę , że podobnych rzeczy się nauczyłyśmy, mimo, że nie jestem mamą. Fajnie mi czytać o Twoich doświadczeniach i lekcjach i pięknie 2017 roku. Pozdrowienia: -)

  • Ojej skąd ja to znam! Chcę się robić wszystko perfekcyjnie , a niestety czasu na to nie ma 🙁 Jakbym czytała o sobie 🙂

  • Aleksandra Załęska

    Jakbym czytała o sobie. Też miałam taki etap, że chciałam pogodzić pracę zawodową, macierzyństwo, bycie żoną, przyjaciółką w sposób perfekcyjny. Ale powodowało to tylko moją narastającą frustrację. Kiedy odpuściłam – ja czuje się lepiej psychicznie, a moja rodzina jest spokojniejsza 🙂

  • Iwona Siekierska

    Jestem dokładnie na tym samym etapie życia i najbardziej na Świecie cenię sobie ….spokój i harmonię w życiu. Łączę pracę zawodową z życiem prywatnym, byciem mamą, partnerką, córką i przyjaciółką i mam czas na własne pasje. Ale robię to wszystko z umiarem. P.S.Świetny tekst, będę wracać 🙂

  • Pingback: Jak organizować codzienność, by zdążyć zadbać o prawidłowy rozwój swojego dziecka? - Blond Pani Domu()

  • Ja wciąż jestem na etapie poszukiwań i przyznam szczerze, że Twój wpis jest dla mnie bardzo inspirujący.