Strefa Mamy

Kiedy mąż i ojciec jest, ale jakby… za mało.

Długo myślałam nad tytułem tego tekstu i pomimo szczerych chęci – wciąż jest taki trochę nieszczęśliwy. Niedookreślony w pełni. No bo co ja właściwie chciałam nim przekazać? O czym napisać? A no o tym, kiedy mamy partnera, męża, ojca naszych dzieci, kiedy jesteśmy ze sobą, mieszkamy razem, tworzymy szczęśliwą i kompletną rodzinę, ale mimo to pojawiają się takie dni, kiedy czujemy się samotnymi żonami i matkami. Nie samotnymi w sensie “bardzo smutnymi”, ale takimi… mocno samodzielnymi. Kiedy z wieloma rzeczami musimy sobie radzić same, bo męża nie ma w domu. Bo wychodzi rano, a wraca wieczorem. Dzisiejszy mój tekst to taki trochę #żalpost, ale najwidoczniej bardzo mi potrzebny, skoro usiadłam do laptopa o 21:16, by się z Tobą moimi przemyśleniami na ten trudny temat podzielić.

 

Jest ta godzina, a mojego męża jeszcze nie ma w domu. Od dwóch miesięcy każdy mój dzień wygląda tak samo: pół dnia w domu, pół dnia z Aleksem. Pół dnia względnego “odpoczynku” przeplatanego wstawieniem prania czy innymi “atrakcjami” (ogólnie rzecz ujmując ogarnianiem przestrzeni wokół). Drugie pół – zabawy, bajek, przygotowywania posiłków, kąpieli, podawania witamin i pilnowania podczas mycia zębów. W końcu przychodzi wieczór, kładę Aleksa spać i… sama zasypiam. Wraca mój mąż, budzi mnie i prowadzi z pokoju Aleksa do sypialni, żebym się położyła normalnie, w łóżku. Czekam na niego z kolacją, ale jakoś po wyrwaniu ze snu nie mam już na nią ochoty. Brzuch burczy i słabo mi z głodu, ale jednocześnie na myśl o jedzeniu w takim “stanie” mam odruch wymiotny. Wkurzam się sama nie wiadomo na co i na kogo i zaczynam gorzkie żale: bo to on powinien przejąć Aleksa wieczorem, to on powinien go usypiać. Bo powinien być, a go nie było. Znowu. Nie chciałam zasnąć, a jednak zasnęłam i teraz się kiepsko czuję. Nie mam ochoty, ani na kolację ani serial – tylko pójść dalej spać. Budzę się rano, przed siódmą i zaczynam nowy dzień, który w większości przypadków kończy się tak samo…

 

 

Czuję się samotna, ale rozumiem. Rozumiem, bo praca, bo często K. kończy ją później, bo wraca w korkach, bo wypadek po drodze, bo remont, bo zamknęli pas… Bo musi po drodze coś załatwić, a w końcu to nasze wspólne sprawy – odebrać receptę czy zrobić zakupy. Bo przypomni mi się w ostatniej chwili, że “jeszcze coś i to trzeba dzisiaj”. Bo trzeba umyć i odkurzyć samochód, bo dentysta, bo trzeba komuś pomoc, gdzieś pojechać i trzeba… Wiem, rozumiem. Trudno mi konkurować z tym, co “trzeba”. Ale ja też “muszę”. Staram się na tyle, ile mogę ogarniać dom, bo wiem, że on tego nie zrobi. Bo nie ma kiedy. Kolejny dzień z rzędu wstawiam zmywarkę, wyciągam ze zmywarki, wkładam i wyciągam, wkładam i wyciągam. Wstawiam pranie, suszenie – wyciągam, składam i chowam. A on nawet nie wie, że ogarnęłam w ciągu dnia trzy prania, bo w końcu już są schowane. Niby nic to takiego – w końcu przebywam w tym domu cały dzień, to chcę mieć porządek, utrzymywać go na bieżąco. Ale co ja za to mogę, że każdy mój dzień wygląda tak samo? “Jak w kołowrotku, bezwolnie się kręcę gubiąc wątek i dni.”

I to nie tak, że teraz mnie jakaś rutyna dopadła, bo jestem w domu. Kiedy chodziłam do pracy, było mi jeszcze ciężej. Bo pół dnia praca, a drugie pół dom i Aleks. Sama, ciągle sama. I tylko z utęsknieniem wypatrująca tych wieczorów, tych kilku chwil razem. A może dziś uda mi się nie zasnąć? A może uda się obejrzeć choć jeden odcinek serialu razem? Nie uskarżam się i nie narzekam, tylko wypatruję tych wieczorów jak takich małych punktów zaczepienia. Przecież to nie tak, że nie mamy ze sobą kontaktu w ciągu dnia. Cały czas wiemy, co się u nas dzieje. Ale niestety w dużej mierze z opowieści, z rozmów…

 

 

No i w końcu przychodzi weekend. Czas dla rodziny? Czas dla siebie? Nie… czas nadrabiania. Cały tydzień planuję, w czym K. “pomoże mi” w sobotę. Pieczołowicie układam w głowie misterny plan jak nagiąć dobę, żeby się ze wszystkim wyrobić. W szczególności teraz, w ciąży, kiedy muszę na siebie uważać. Kiedy cięższe prace zostawiam jemu, bo wiem, że nie mogę. Bo wiem, jak będę się czuła, kiedy znów się przeforsuję. I czekam cały tydzień potykając się o okruchy i koty na podłodze, bo byle do soboty – to mi odkurzy. Bo byle do soboty – to w końcu posprząta balkon. W końcu… I kiedy przychodzi sobota, mój upragniony dzień, kiedy nie tyle mój mąż coś zrobi w domu albo przejmie dziecko, a w końcu – będzie w domu – i dzieje się “coś”, coś wypada, niezaplanowanego, że znów go nie ma i znów czuję się samotna jak taki kołek. Znów ogarniam dom, dziecię i tylko kurwuję pod nosem, że zaraz wrzucę ogłoszenie do neta, że potrzebuję faceta, co by mi wyniósł śmieci, coś do piwnicy i powiesił lustro. I to nie pierwszy, nie drugi i wiem, że nie ostatni raz tak się dzieje.

Wiem, że jest zmęczony, że pracuje, że chce spędzać z nami jak najwięcej czasu. Bo nas kocha. Bo robi to wszystko dla nas. Może i jestem niewdzięczna i momentami nie doceniam tak jak powinnam. Nie doceniam, że go mam i że każdą czynność wykonuje z myślą o nas. Ale wtedy, właśnie wtedy, kiedy się tak wkurzam i smucę i czuję się autentycznie jak samotna matka, jak słomiana wdowa, jak żona tirowca lub whatever – to nic innego się dla mnie nie liczy jak tylko ja. Wychodzi ze mnie taka egoistka, która raz na jakiś czas potrafi pomyśleć o sobie. Przypomina sobie o swoich potrzebach… Bycia ze sobą. Razem. Jak rodzina. Nie matka z synem i ojciec z doskoku. Tylko we troje. Tak bardzo pragnę, żeby te wieczory i te weekendy nie były jedynie listą “to do”. Byśmy mieli czas także na coś innego niż załatwianie zaległych tematów. Ale jednocześnie wiem, że nie możemy sobie pozwolić na to, by je odpuścić, bo kiedy znów będzie na to czas? Za kolejny tydzień?

Sama nie wiem właściwie, czego oczekuję. Bo wiem, że sytuacja się nie zmieni, bo nie jest w stanie. Muszę się pogodzić, że jest jak jest, że całe dnie spędzam sama. Sama i z dzieckiem. Jest 21:43. K. był u dentysty, musiał jeszcze załatwić jedną sprawę i napisał mi właśnie, że wraca. A ja jeszcze chciałam, żeby wszedł do sklepu, bo potrzebuję kilku cięższych rzeczy. I teraz biję się z myślami: pisać, że ma jechać, czy olać? Mieć go w domu pół godziny szybciej, czy jedzenie w lodówce?

 

***

Napisałam, żeby pojechał. Odpisał, że raczej nie zdąży do sklepu przed zamknięciem.

Przynajmniej dziś nie zasnęłam z Aleksem i miałam produktywny wieczór – napisałam ten tekst.

 

Zdjęcia wykonał Łukasz Roszyk Photography. Gorąco zapraszam Cię na jego fanpage.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie