Ciąża,  Strefa Mamy

Historia mojej drugiej ciąży

Pamiętasz, jak w ostatnim wpisie nadmieniłam, że “Jeśli w tym miejscu poczujesz, że coś przeskakuję, że czegoś w tym wpisie brakuje – to poczucie jest słuszne i za jakiś czas to miejsce uzupełnię brakującą informacją”? Dłużej niestety nie umiem się kryć z tym, że… jestem w ciąży. Ale nie spiesz się jeszcze z gratulacjami, tylko przeczytaj ten wpis do końca.

 

Początek ciąży

 

Moja druga ciąża od początku przebiega zupełnie inaczej niż ta z Aleksem. Zaczęło się od tego, że zbyt szybko udałam się na wizytę lekarską, bo w 5 tygodniu ciąży i na wizycie w jamie macicy nie było NIC. Nawet pęcherzyka. Przyrost beta HCG w krwi był prawidłowy, jednak w związku z nieuwidocznieniem pęcherzyka było podejrzenie ciąży pozamacicznej. Czas oczekiwania do kolejnej wizyty to było najdłuższe 9 dni w moim życiu. Radości było co nie miara, kiedy się okazało, że pęcherzyk ciążowy JEST, UFFF!… ale “tylko” pęcherzyk. Na tym etapie spodziewałam się już zarodka, ale wiedziałam, że może to być zbyt wcześnie, tym bardziej, że ciąża okazała się być o tydzień młodsza).

Od kiedy tylko dowiedziałam się o ciąży, od czasu do czasu pojawiały się u mnie niewielkie plamienia, ale były to raczej pojedyncze kropelki, nigdy żywa krew. Na tej wizycie powiedziałam lekarzowi, że od 3 dni ustąpiły już całkowicie, więc zmniejszył mi dawkę Duphastonu (progesteronu) z 2 tabletek dziennie do 1, zalecił również całkowite odstawienie, gdy opakowanie się skończy. Dokładnie w 3 dni po zmniejszeniu dawki (a co za tym idzie ilości progesteronu dostarczanego do organizmu) nastąpił ten przerażający zwrot akcji.

 

Czy to już koniec?

 

Zaczęło się w poniedziałek. To był 8 tydzień ciąży. Już od rana czułam, że coś jest nie tak. Obudziłam się sama z siebie o 4:30. Nie zasnęłam już i o 4:50 postanowiłam zacząć szykować się do pracy. Od rana czułam niepokojące skurcze macicy, ale liczyłam, że to minie. Około 8 rano, podczas lekcji angielskiego, poczułam jakby rozpoczynał mi się okres. Faktycznie, pojawiło się krwawienie. Skąpe, ale brunatne, ze skrzepami krwi. Spanikowałam. W pierwszej chwili chciałam poczekać, czy się coś rozkręci czy nie, ale choć zupełnie nie miałam doświadczenia w tego typu sytuacjach od razu podjęłam decyzję – jadę do lekarza. Tutaj po raz kolejny wtrącę jak bardzo sobie cenię prywatną opiekę medyczną. Na stronie internetowej sprawdziłam, że mój lekarz aktualnie przyjmuje, od razu więc wyszłam z pracy, wsiadłam w auto i 20 minut później byłam w placówce. Po drodze, już jadąc, zadzwoniłam do rejestracji, nakreśliłam temat i natychmiast zostałam dopisana jako dodatkowa pacjentka. Jechałam do lekarza, bo czułam, że muszę, ale z przeświadczeniem, że to już koniec. Odetchnęłam z ulgą, kiedy po badaniu USG okazało się, że pęcherzyk ciążowy jest na swoim miejscu i przyrasta prawidłowo. Nie było jeszcze wtedy wciąż widać zarodka, gdyż potwierdziło się, że ciąża jest młodsza i dopiero rozpoczął się 7 tydzień. Wtedy pęcherzyk miał 12,6 mm. Chcąc nie chcąc, wylądowałam na 2-tygodniowym zwolnieniu lekarskim. Czułam się strasznie, porzucając swoje obowiązki w pracy z dnia na dzień, ale jak to mówią… “są rzeczy ważne i ważniejsze”.

I wtedy rozpoczął się dla mnie najgorszy okres oczekiwania. To skąpe krwawienie nie chciało odpuścić, a ja… nie mogłam nic zrobić, tylko czekać. Kto mnie zna, ten wie, że jestem osobą raczej aktywną, a leżenie w łóżku i wstawanie tylko na siusiu, gdzie przecież czeka na mnie TYLE obowiązków było zwyczajnym marnotrawieniem czasu. No ale nie tylko. Przerażała mnie myśl o stracie i nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Postanowiłam dać z siebie wszystko, by nasza mała kruszynka przetrwała. Leżałam więc w łóżku, wstawałam tylko na siusiu i brałam leki (3×1 Duphaston, 3×2 No-spa, Femibion, kwas foliowy), a cała reszta była zdana na decyzję tego u góry.

 

Wtorek

 

Ten wpis zaczęłam pisać drugiego dnia zwolnienia, we wtorek. Jeszcze nie wiem, czy czeka nas pozytywny finał. Wciąż oczekuję na wizytę, zostało do niej jeszcze 6 dni. Cały czas leżę , staram się nie myśleć i modlę się o cud. Ciągle mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i w maju nasza rodzina się powiększy o zdrowe maleństwo. Ta kolejna wizyta, na którą mam się udać jest wyznaczona na poniedziałek za tydzień, czyli w 9 tygodniu ciąży. Nie pozostało mi nic innego, jak leżeć, oszczędzać się i… czekać. Ten okres oczekiwania, bycia w zawieszeniu, jest chyba najgorszym w moim życiu. Choć głęboko wierzę w to, że nasze maleństwo jest po prostu młodsze i na tym badaniu się ujawni, a krwawienie ustąpi całkowicie to… jestem przygotowana psychicznie na najgorsze. Tłumaczę sobie w głowie, że jeśli ciąża okaże się być nieprawidłową, to widocznie tak miało być, bo nasze dziecko byłoby poważnie chore i by nie przeżyło. Odliczam dni do wizyty, czekam na wyrok albo cud.

 

Czwartek

 

Już 4 dni na zwolnieniu lekarskim, 4 długie dni w domu, w łóżku. Obudziłam się wcześnie rano i coś mnie „tknęło”, jakieś przeświadczenie, że to nie tak powinno być, że do tej pory powinno się coś zmienić. Pomimo branych leków i bardzo oszczędzającego leżącego trybu życia moc plamienia/krwawienia nie zmieniła się. Weszłam w aplikację w telefonie i okazało się, że do mojego lekarza zwolnił się termin na 10:20. Nie chciałam już dłużej czekać, czułam, że nie powinnam. Zapisałam się i pojechałam do placówki. Na miejscu wyjątkowo czekałam bardzo długo, pacjentka przede mną siedziała w gabinecie ponad 40 minut, a ja myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. W końcu przyszła chwila na mnie. Weszłam do lekarza z duszą na ramieniu, ale przyznam szczerze, że pozostawiona sam na sam ze swoimi myślami od poniedziałku miałam czas, by przygotować się psychicznie na każdą ewentualność. Oceniałam szanse na 50/50. Siadłam na fotel, później lekarz zrobił mi usg i to podczas niego padły słowa „Niestety, nie ma już śladu po pęcherzyku ciążowym”. Czułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. Mimo, jak sądziłam przygotowania psychicznego, mimo pozostającego od kilku dni zagrożenia cały czas liczyłam na cud. Nie wierzyłam w to co słyszę, bo przecież takie tragedie zdarzają się innym kobietom, innym rodzinom, nie mnie. Nie miałam pojęcia, jak mam przekazać tą informację K. Czułam, że ja jestem silniejsza niż on. Wyszłam, wykonałam kilka telefonów siedząc w aucie i później dzień starałam się sobie wypełnić bardzo szczelnie, tak by nie dopuszczać do siebie możliwości zadręczania się myślami. Bo to jednak wyrok: poronienie samoistne.

 

Kolejny wtorek

 

Minęły kolejne dni, a ja wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Dopiero co zdążyłam tydzień wcześniej przygotować koleżanki z działu na moją przyszłą nieobecność związaną z urlopem macierzyńskim. Dopiero co dwa dni wcześniej K. przyniósł mi z pomieszczenia gospodarczego karton ubrań ciążowych, bo obecne już zaczęły uwierać mnie w brzuch. Dopiero co dzień wcześniej układałam sobie w głowie jak przystosować nasze mieszkanie pod nowego lokatora. Ale też: od początku czułam, że coś jest nie tak jak być powinno. Nie rozgłaszałam informacji o ciąży na prawo i lewo, ba, uważałam, że zbyt wcześnie powiedzieliśmy o tym rodzicom. Nie smarowałam brzucha olejkiem na rozstępy, zwlekałam z zakupem segregatora ciążowego. Od początku dziwiło mnie, że jak to możliwe, że ciąża jest młodsza, skoro wiem co do dnia, kiedy miałam owulację. Że na tym etapie wciąż nie ma jeszcze uwidocznionego zarodka z bijącym serduszkiem. No i te plamienia. Nie czuję, że podświadomie przywołałam coś złego, ale tak to jest, że matka ma taką intuicję w sobie i zawsze wie, kiedy coś jest nie tak. Zaczęłam czytać, szukać informacji w Internecie o przyczynach poronienia, o postępowaniu po nim, o statystykach…

 

Co zrobiłam źle, że poroniłam?

 

Natrafiłam na wpisy Nicole (mamaginekolog), które bardzo mnie podbudowały i pozwoliły zrozumieć, co dokładnie zaszło w moim organizmie.

 

Krwawienia w ciąży są ogromny stresem, zarówno dla lekarzy, ale w szczególności dla pacjentek. Najważniejsze jest to, aby się nie obwiniać, bo nie miałaś na to żadnego wpływu. To nie dlatego, że zapomniałaś wczoraj kwasu foliowego, to nie dlatego, że miałaś sprzeczkę z mężem, to nie dlatego że dźwignęłaś zakupy i to nie dlatego, że dziecko niechcący uderzyło Cię w brzuch. Nawet gdybyś poprzedniego dnia leżała niczym leniwa królowa to pewnie i tak stało by się to samo. (…) I niestety muszę na koniec napisać takie dość trudne zdanie – jeżeli ciąża jest od początku nieprawidłowa, a zarodek chory, a krwawienie jest właśnie tego objawem – bo niestety tak może być, to ani leżenie ani żadne leczenie nie pomoże.

 

Według badań ponad 60% osób wierzy, że poronienie może nastąpić po podniesieniu ciężkiego przedmiotu. Ponad 70% wierzy, że stres powoduje poronienie. Nie jest to prawda. (…) Po prostu Wasze dzieciątko, Wasz zarodek – był chory i natura wiedziała, że nie da sobie rady.

 

Każda kobieta przechodzi poronienie inaczej – jedne chcą o tym mówić, inne wolą, aby temat przemilczeć. Ja czułam się nie w porządku wobec siebie pomijając ten temat na blogu. Niektórzy uznają go za zbyt osobisty – może, ale dla mnie jest zbyt ważny, by udawać, że go nie ma i nie było.  Nie umiałam się zebrać do napisania czegokolwiek innego, bo cały czas siedział mi w głowie ten tekst. Czułam, jakbym pomijała coś cudownego, co było w naszym życiu kosztem… no właśnie, czego? Co się takiego stanie, jak ta informacja wypłynie na światło dzienne? Nic, nasze życie będzie płynęło dalej, a ja nie będę żyła w poczuciu fałszu i zakłamania. Ze mnie spłynie stres i zmęczenie ostatnich dni i już niedługo wrócę do siebie. A jeśli dodatkowo ten wpis może komuś pomóc w trudnych chwilach, podpowie, że warto otworzyć się na innych i porozmawiać to będę po stokroć szczęśliwa.

Głęboko wierzę w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a po każdej burzy wychodzi słońce. Cieszę się, że do tej straty doszło w 8 tygodniu, a nie później. Cieszę się, że na USG nie było jeszcze widocznego zarodka ani nie miałam okazji posłuchać bicia jego serca – prawdopodobnie wtedy byłoby mi jeszcze trudniej. Cieszę się, że zrobiłam wszystko, by tą ciążę donosić – byłam pod stałą kontrolą lekarską, leżałam, oszczędzałam się, brałam leki. Że doszło do poronienia samoistnego i nie trzeba było go wywoływać. Że nie był konieczny żaden zabieg, tylko zadziałała tutaj natura. Że mam Aleksa.

Pomimo tego okropnego wydarzenia szybko staję na nogi. Nie patrzę do tyłu, ani nawet nie daleko do przodu. Żyję tu i teraz. Oboje z Aleksem się przeziębiliśmy, więc ten tydzień spędzam z nim w domu i bardzo się cieszę, że mamy ten czas dla siebie. Jeszcze bardziej doceniam to co mam. Ciepły, bezpieczny dom, kochającego męża, cudownego, mądrego synka, który przytula się do mnie całym swoim ciałkiem co najmniej raz dziennie i mówi „Aleks kocha mamę”, rodziców, na których możemy liczyć. Duży wkład w to jak się obecnie czuję ma też moja mama, która mnie zawsze i we wszystkim wspiera oraz przyjaciele, którzy rozumieją mnie bez słów. Nasza rodzina na pewno się kiedyś powiększy, ale to nie był po prostu ten czas.

 


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie