Ciąża

Dzień, w którym urodziła się nasza córka

Ten tekst miał powstać pisany w domu, na komputerze i podczas popijania gorącej café au lait, a nie na szpitalnym oddziale ciągłej opieki noworodka, klepiąc w telefon. Ale jak to mówią – nie zawsze mamy to, czego byśmy chcieli. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Ci o dniu, w którym przyszła na świat nasza wymarzona córeczka…

 

Przyjęcie do szpitala 

 

To był wtorek, 5 marca. K. zawiózł mnie rano na izbę przyjęć do szpitala, w którym miałam mieć wykonane planowane cięcie cesarskie. Przygotowywałam się na scenariusz tożsamy z narodzinami naszego synka Aleksa, czyli “dzisiaj przyjęcie – jutro cięcie” 😂, tak więc rano towarzyszył mi totalny luzik. Planowałam wypocząć i wyspać się na zapas w szpitalnym łóżku i jakoś przetrwać dobę w oczekiwaniu na wielki dzień.

Tutaj, na zdjęciu poniżej jeszcze nie wiem, że wszystko odbędzie się zupełnie inaczej, niż się tego spodziewałam…

 

 

Wielkie zaskoczenie

 

Tym razem wszystko od początku do końca było inaczej niż te 3 lata i 8 miesięcy temu. No dobra – może nie tak “wszystko wszystko”, ale zdecydowana większość.

Zaczęło się niby podobnie – bo od przyjęcia i zaprowadzenia na oddział Kliniki Ginekologii Operacyjnej. Wtedy jednak czekało tam naprawdę wiele kobiet i zanim dostałam pokój i łóżko minęło kilka dobrych godzin. Tym razem już po wejściu na oddział usłyszałam “Proszę przebrać się w piżamę” – toaleta była jednak tylko jedna, więc najpierw poszła inna Pani.

I dobrze się stało, bo po 5 minutach zostałam zaprowadzona do pokoju. Tutaj kolejny szok, bo przydzielono mi taki 4-osobowy do wyłącznej dyspozycji 😂 – i już ten impuls “what the…” powinien dać mi do myślenia. Wtedy jeszcze nie dał.

Po chwili do pokoju weszły dwie położne i jedna jak gdyby nigdy nic rzuciła “Pani wie, że ma Pani dzisiaj cięcie?”. Nie wiedziałam. Rozryczałam się tak jak stałam. Z emocji, z niedowierzania. Bo jak to tak!? Przecież ja miałam rodzić jutro!!! 😂😂😂 Oczywiście po chwili przyszła wielka radość – w końcu będę jeden dzień “do przodu” i już za moment spotkam się z naszą córeczką! ❤

Na rozmyślanie i strach nie było już czasu. Wszystko działo się bardzo szybko, jak na filmie – czułam się jak jedyna pacjentka i wyłączna bohaterka tego dnia (a może faktycznie byłam tam na oddziale jedyna?). Szybko dokumenty, szybko pobranie krwi, szybko wenflon, szybko ktg i usg. Konsultacja z anestezjolog prawie, że “na kolanie” bo w gabinecie do pobierania krwi. W międzyczasie szybko telefon do K.: “Wracaj, bierz urlop, jednak rodzę dzisiaj!”.

 

 

To już poród! 

 

Zostałam przewieziona na salę operacyjną w samo południe. Czekając na lekarkę znów puściły mi emocje. W ciągu ostatnich tygodni tyle razy już pożegnałam się z bliskimi, że nie jestem nawet w stanie tego zliczyć. Całe życie wirowało mi przed oczami, a w głowie miałam tylko Aleksa. “Musi być dobrze, musi być dobrze” – powtarzałam sobie. Gdzieś pomiędzy łzami jak grochy recytowałam na głos modlitwę. Podświadomie jednak czułam, że to co złe już za nami i więcej nas nie dosięgnie.

Tym razem trafiłam na lepszą “ekipę” podczas operacji. Anestezjolog cały czas mówił mi co się dzieje i nie bagatelizował tego, co odczuwałam. Kiedy powiedziałam, że wciąż mam czucie – uspokoił, że cięcie już zostało zrobione. Było więc jasne, że skoro nie czułam bólu, znieczulenie zadziałało prawidłowo. Miałam trudne momenty, bo to nie jest tak, że nic się nie czuje podczas cięcia – po prostu nie odczuwa się tego jako ból. Czucie jest zachowane, czuć ucisk, rozwieranie, szarpanie… Najbardziej nieprzyjemnym momentem było chyba “wydobycie” dziecka, ale znów anestezjolog stanął na wysokości zadania i uprzedził mnie zanim to nastąpiło.

Całość trwała dość długo, bo około godziny. Oliwka przyszła na świat o godzinie 12:33 z wagą 3390 g, miarą 58 cm i 10 punktami w skali Apgar. Na szczęście tym razem w tym najważniejszym momencie byłam cały czas w pełni świadoma (w przeciwieństwie do porodu Aleksa) – w związku z czym usłyszałam pierwszy krzyk Oliwki, mogłam ją zobaczyć i dotknąć. Położna z oddziału neonatologii położyła mi ją przy głowie i przez kilka minut mogłam ją dotykać i… wąchać 😍

Poczułam jak rozpiera mnie ogromne szczęście – to, na które tak długo czekałam. W końcu była z nami. 

 

Miała być jutro, a jest dzisiaj…Oliwka ❤️❤️❤️

Publiée par Blond Pani Domu sur Mardi 5 mars 2019

 

Niestety nie wszystko później było tak kolorowe. Okazało się, że nie ma dla mnie miejsca na sali poporodowej należącej do oddziałów ginekologiczny – położniczych. Zostałam przewieziona na ten przylegający do OIOMU. W związku z tym, K. i Oliwka czekający na mnie “na górze” nie mieli możliwości być ze mną od razu. Byłam zrozpaczona. Zależało mi na jak najszybszym kontakcie “skóra do skóry” i przystawieniu Oli do piersi. W zamian leżałam sama jak palec na wielkiej sali pooperacyjnej – na oddziale, na który moja malutka z tatą nie mogli zjechać.

Zachodziłam w głowę, jak to możliwe, że przy planowanym cięciu nie zaplanowali dla mnie czegoś tak prozaicznego jak miejsce na sali pooperacyjne? Okazało się, że moje cięcie było piątym tego dnia, a w tym samym czasie odbyły się dwa nagłe. Na sali było 6 miejsc, więc dla mnie już nie starczyło…

Na szczęście po około godzinie udało się znaleźć dla mnie inne miejsce. Byliśmy już razem, we troje. 

 

 

Oddział Położniczy

 

Później trafiłam do pokoju 3-osobowego, w którym skład zdążył się zmienić trzy razy zanim nas wypisano 😉 Nastawiałam się na nieco krótszy pobyt, ale trzymano nas w szpitalu pełne 5 dób. I właściwie dobrze się stało, bo w czwartej dobie pojawiła się u Oliwki żółtaczka i zdążyła jeszcze być przez prawie dobę naświetlana. Spadła z wagi, ale w granicach normy (do 10%) – jej najniższa waga wyniosła 3060 g w czwartej dobie życia. Przy wypisie ważyła już 3160 g.

 

 

Niestety, to jeszcze nie koniec tej historii

 

W ósmej dobie życia okazało się, że Oli nie przybiera. Waga położnej wskazała 3100 g, a żółtaczka dalej się utrzymywała. Zaczęłam ją karmić częściej, co ok. 2-2,5 godziny, nawet w nocy.

Pomimo dużej ilości mleka i moich usilnych starań, w 15 dobie życia waga Olinki wyniosła już tylko 2990 g (a powinna z pół kilograma więcej). Wciąż była żółta, ale nadzieję dawały blade dłonie i stópki. Dla spokoju ducha i za radą położnej zrobiliśmy badania poziomu bilirubiny, CRP, badanie ogólne i posiew moczu. Tego samego dnia wieczorem dostałam telefon z laboratorium, że poziom bilirubiny wynosi ponad 25 mg/dl. Nie było wiadomo ile dokładnie, bo dalej już nie mierzą. Trafiłyśmy do szpitala.

W nocy ze środy na czwartek przeżyliśmy z K. bardzo trudne chwile. Okazało się, że poziom bilirubiny wynosi 27 mg/dl, co jest bardzo niebezpiecznym wynikiem. Taka żółtaczka to już poważna sprawa – może być przyczyną nieodwracalnych uszkodzeń układu nerwowego, gdy zacznie odkładać się w mózgu.

Oliwka trafiła do inkubatora i została obłożona czterema dużymi lampami. Lekarze dali jej 4 godziny – jeśli po tym czasie poziom bilirubiny choć trochę nie spadnie konieczne będzie przeprowadzenie transfuzji wymiennej krwi. To dość rzadki zabieg, który sam w sobie może być niebezpieczny. Polega na upuszczeniu krwi i przetoczeniu innej, od dawcy. Na szczęście udało nam się go uniknąć – bilirubina w nocy spadła do poziomu 23,3, a rano wynosiła już 19,9 mg/dl.

 

Wiecie co to znaczy, prawda?Miłość na zabój ❤️

Publiée par Blond Pani Domu sur Samedi 9 mars 2019

 

Dzisiaj mamy piątek i poziom bilirubiny wynosi już 13 mg/dl. Oli została przeniesiona z inkubatora do otwartego łóżeczka, a od minionej nocy mogę ją już wyciągać, by przystawić do piersi. Czekają nas jeszcze co najmniej dwie doby tutaj, ale jestem dobrej myśli. Ostatnie, czego bym chciała, to wyjść zbyt szybko i doświadczyć powtórki. Będziemy tu więc dokładnie tyle, ile trzeba.

***

Po narodzinach Oliwki dostałam bardzo dużo pytań o samo cięcie cesarskie – jak przebiega, jak to wygląda bezpośrednio po i w pierwszych godzinach – ze szczególnym naciskiem na ten konkretny szpital w którym rodziłam (GPSK Polna). W związku z tak ogromnym zainteresowaniem planuję niedługo napisać tekst, w którym opowiem o tych zagadnieniach bardziej szczegółowo. Jeśli masz więc jeszcze jakieś pytania na ten temat, zostaw je proszę w komentarzu pod tym tekstem.

 

Autorem zdjęcia jest Łukasz Roszyk Photography. Gorąco zapraszam Cię na jego profile na Facebooku oraz Instagramie.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie