Ciąża,  Strefa Mamy

Ciąża po poronieniu: jaka jest?

Dzisiaj bardzo ważny dla mnie wpis, który jednocześnie będzie dla mnie swego rodzaju autoterapią – poprzez wyrzucenie z siebie wszystkich emocji i przemyśleń, które siedzą we mnie od dłuższego czasu – i wierzę, że pomocą dla kobiet, które doświadczyły straty (lub strat) i są właśnie w kolejnej ciąży. Jeśli jesteś jedną z nich, to wiedz, że ten tekst dedykuję właśnie Tobie.

Tylko Ty jesteś w stanie zrozumieć, jak cholernie trudna jest kolejna ciąża po poronieniu. Tym bardziej, jeśli masz ich za sobą więcej niż jedno. Wtedy każde najmniejsze ukłucie, ślad krwi na bieliźnie, czy brak objawów ciążowych wywołują panikę i przerażenie. Bo myślisz, że to już koniec. U mnie pierwsze poronienie przyszło nagle. Zupełnie go nie zakładałam i nie przeczuwałam, bo drugą ciążę przeżywałam tak samo jak tą książkową i donoszoną z Aleksem. Z tamtym cierpieniem poradziłam sobie stosunkowo szybko (pominę tutaj temat mojej pracy zawodowej w tamtym czasie), bo wiedziałam, że skoro mam już jedno zdrowe dziecko, to „po prostu” dotknęła mnie brutalna statystyka. Że pojedyncze poronienie jest „normalne” i że już nigdy więcej mnie to nie spotka – tak to sobie wtedy wytłumaczyłam. Nie robiłam wtedy żadnych badań, bo założyłam, że problem nie leżał we mnie. Ot, „zdarza się”.

 

 

Trzecią ciążę, czyli pierwszą po poronieniu znosiłam już bardzo źle. Nie umiałam myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że za chwilę się skończy – tym bardziej, że nasz synek od początku nie rozwijał się prawidłowo. Nie miałam w sobie krzty wiary w to, że czeka nas pozytywny finał. Od początku przygotowywałam się na najgorsze. Wydawało mi się, że tak będzie najlepiej, bo w końcu lepiej nie oczekiwać zbyt wiele, by później miło się rozczarować, prawda? No… jednak nie. To był dla mnie bardzo trudny czas, ten po kolejnej stracie. Niby podchodziłam do niej racjonalnie, w szpitalu przed zabiegiem pozwalałam sobie na uśmiech, nie chciałam być „trudną pacjentką” i bardziej przejmowałam się personelem niż sobą.

 

 

Do dziś nie zapomnę, jak wyszłam po zabiegu (a była to godzina 23 i K. był wówczas w domu z Aleksem) i zamówiłam sobie… ubera. Jechałam sobie do domu jak gdyby nigdy nic z kartonikiem i pojemniczkami z zabezpieczonym „materiałem” (kosmówką) do badania genetycznego na kolanach. Wydawało mi się, że wszystko mam „opanowane”. W końcu nic mnie nie zaskoczyło. Jedynie kierowca, który wyrwał mnie z zamyślenia pytaniem „A gdzie ma Pani dziecko?”, na co ja z pełnym przekonaniem odpowiedziałam „W domu”. Nic nie było mnie w stanie wytrącić wtedy z równowagi. Nawet dalej drążący temat kierowca: „To Pani jest lekarką, tak? No bo skoro ma Pani dziecko w domu…” Bo to przecież logiczne, że ze szpitala ginekologiczno-położniczego wychodzi się jedynie ze zdrowym, żywym dzieckiem. Wróciłam, zjadłam późną kolację i poszłam spać.

Nowy dzień to była już dla mnie jakaś zupełnie odrealniona rzeczywistość. Zawieźliśmy „materiał” do laboratorium, czekaliśmy na wyniki. Po dwóch tygodniach odbiór wyników, organizacja pochówku, załatwianie aktu urodzenia w urzędzie. Pierwszy raz w życiu byłam w zakładzie pogrzebowym i naprawdę mam z niego „miłe” (na tyle, na ile to możliwe) wspomnienia. Pani, z którą rozmawiałam była totalnie taktowna, ale bez zbędnego użalania się. Nie było mi wtedy potrzebne. Zleciłam odbiór „ciała” ze szpitala, kremację i pochówek (o tym szerzej pisałam tutaj, więc nie będę się rozpisywać – dzisiaj skupiam się na emocjach). Trochę tego było. Ale i tych urzędowych spraw. Najpierw urlop macierzyński, później psychiatra. Miałam wrażenie, że nikt z boku tego wszystkiego totalnie nie rozumie. Że w końcu pochówek tak małej ciąży to „przesada”, że mam przestać przeżywać, bo w końcu mam już jedno dziecko.

 

 

Napiszę to wyraźnie: utrata ciąży jest cholernie trudna, bez względu na to, czy masz już dziecko czy nie. Mimo to, i tak myślę, że kobietom, które już je mają, jest nieco łatwiej – mi było – z dwóch względów. Po pierwsze masz dla kogo żyć, dla kogo wstawać co rano, nie chcesz się tak pogrążać w depresji bo MUSISZ funkcjonować, nie chcesz przerzucać swoich negatywnych emocji i skutków na dziecko w domu… A co za tym idzie – czy chcesz, czy nie chcesz szybciej się podnosisz. I doceniasz to, co masz. A druga kwestia – jeśli masz już jedno lub więcej dzieci to masz taką wiarę, że skoro już raz Ci się udało donosić zdrową ciążę, to drugi raz też się uda!!! Mam przyjaciółkę, która od lat się stara o pierwsze dziecko i ma za sobą straty. Nie chcę się porównywać, ale myślę, że takim osobom jest jednak trudniej. Nie cierpiałam oczywiście gadania po poronieniu, że „dobrze, że masz już dziecko”, ale… coś w tym jest. Aleks był wtedy dla mnie ogromnym wsparciem.

 

 

No dobrze, a ciąża numer cztery? W końcu to o niej miał być ten wpis. I właściwie jest, bo przecież nie da się napisać o niej bez poprzednich. Wczoraj weszliśmy w 15 tydzień ciąży. Choć pierwsze tygodnie to była dla mnie droga przez mękę i wciąż powtarzam, że „nie wiem jak przeżyję tę ciążę” to teraz jest odrobinkę lepiej. Mówi się, że pierwszym etapem, w którym można leciutko odetchnąć jest minięcie granicy w której straciło się poprzedniego maluszka. U nas to był 8 i 10 tydzień, więc owszem. Ale ja wciąż liczę tą ciążę moim oddechem. Tym przyspieszonym ze strachu, tym, którego nie mogę nabrać podczas ataku paniki i w końcu tym najbardziej oczekiwanym – oddechem ulgi podczas wizyty, kiedy znów lekarz mi mówi, że wszystko jest jak najbardziej w porządku.

Gdybym miała policzyć swoje doły, spadki nastroju i złe dni… to chyba w minionym roku byłoby ich więcej niż tych dobrych. Ciąża to z definicji czas oczekiwania, tego radosnego, pełnego projektów i nowych planów życiowych. Tak było z Aleksem, ale tak już nie jest. Teraz zamiast tego towarzyszą mi takie emocje jak obawa, lęki i strach przed kolejną utratą i bolesnym rozczarowaniem. Aby chronić się przed cierpieniem postępowałam dokładnie tak samo jak w poprzedniej ciąży – zachowywałam dystans i nie ryzykowałam odczuwania szczęścia. Czułam, że nie mogę sobie pozwolić na spontaniczne wybuchy radości. Jednocześnie – byłam na siebie cholernie zła. Chciałam się cieszyć, bo w końcu maluszek, na którego tak bardzo czekamy daje nam szczęście, ale… tak bardzo się bałam. Strach mnie wręcz terroryzował. 

 

 

W końcu nadszedł taki moment, kiedy stwierdziłam, że ja już tak dłużej nie dam rady. Kiedy zawładnęła mną nerwica lękowa i przyszły pierwsze ataki paniki powiedziałam sobie STOP. Zwróciłam się po pomoc do psychoterapeuty i nie boję się o tym pisać. To była absolutna konieczność, żeby w końcu poczuć się lepiej. Myślę, że pewna doza niepewności i zamartwiania się jest czymś normalnym po utracie dziecka (dzieci), ale z upływem tygodni ciąży, kiedy wszystko idzie w dobrym kierunku, niepokój powinien się zmniejszać, a z czasem zanikać. U mnie urósł do tak kolosalnych rozmiarów i tak namacalnego ciężaru, że już nie byłam go w stanie dłużej nieść. Pamiętaj więc, że jeśli stres nie ustępuje, a niepewność i strach przeszkadzają Ci cieszyć się z ciąży, to warto rozważyć profesjonalne wsparcie. 

Jak spokojnie przeżyć ciążę po poronieniu? Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie. Terapia to dla mnie tylko pierwszy krok, kolejnym jest zmiana swojego myślenia. Pomocne jest dla mnie również wsparcie bliskich i częste rozmowy z przyjaciółkami oraz znajomymi na forach, które przeżyły to samo. Wbrew pozorom to nie jest obracanie się „w kręgu śmierci”, a wzajemne wspieranie się i dzielenie wiarą, że tym razem na pewno się uda. I najważniejsze – ja cały czas staram się pamiętać, że ta ciąża wcale nie jest poprzednią. To jest zupełnie inne dziecko i inny czas. Nie mogę oceniać przebiegu tej ciąży przez pryzmat poprzednich.

Jeśli masz historię, którą chciałabyś się podzielić, możesz to zrobić w komentarzu lub wiadomości prywatnej na Facebook’u. Po poprzednich wpisach wciąż dostaję ich całą masę, ale wiadomości o tej tematyce zawsze mają u mnie najwyższy priorytet i na wszystkie odpisuję. Może jednak Twoja historia miała happy end i chcesz nią wesprzeć inne kobiety? A może masz swoje rady, jak nie dostać na głowę przez 9 miesięcy kolejnej ciąży po poronieniu?

 

Zdjęcia wykonał Łukasz Roszyk Photography. Gorąco zapraszam Cię na jego fanpage.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BĘDZIE MI BARDZO MIŁO, JEŚLI:
  • zostawisz pod nim komentarz
  • polubisz mój fanpage na Facebooku, tak, żeby być na bieżąco z nowościami
  • zaobserwujesz mój profil na Instagramie
  • Justyna Schwałkowska

    U mnie odwrotnie, najpierw poronienie a potem ciąża z happy endem. Rzeczywiście strach się potęguje, szczególnie gdy w tym samym czasie co utrata pierwszej, przychodzą niepokojące objawy w tej drugiej. Ja sobie tłumaczyłam, że widocznie to nie był mój czas. Mam nadzieję nigdy już tego nie doświadczyć. A za Ciebie trzymam kciuki 🙂

  • Patrycja Modrzejewska

    Ja jestem krótko po poronieniu w 11 tygodniu. Na szczęście mam juz prawie 3-letnia córeczkę. Ale i tak wylalam morze łez i ciągle się zastanawiam czy to przez jakies mojr zachowanie czy nie. Narazie musze odczekać aż mój organizm wróci do „normy” i znów jakieś pół roku starań albo i dłużej. Trzymam za ciebie kciuki i za wszystkie kobitki po takich przeżyciach.