10 sytuacji, w których zastanawiam się czy moje życie ma sens

A gdyby tak przez chwilę pobyć kimś innym? Kim chciałabym być?

 

Swego czasu blog był dla mnie taką darmową psychoterapią. Nie chcąc zarzucać swoich bezdzietnych przyjaciół tematyką ciążową i okołodziecięcą, co tylko mogłam, przelewałam tutaj. Bardzo się cieszyłam, że gromadzę swoje przemyślenia, uczucia i emocje w jednym miejscu, do którego początkowo dostęp miałam tylko ja. Bardzo szybko jednak poczułam potrzebę dzielenia się swoimi doświadczeniami i rozterkami z innymi kobietami, którym te tematy również były bliskie. Moje miejsce stało się otwarte na ich pytania, wątpliwości, a i ja czerpałam z ich wiedzy dla siebie. Później jednak porzuciłam bloga, bo uważałam, że nie mam na niego czasu. Sporadycznie wrzucane wpisy spowodowały, że sporo z Was nie chciało wracać do bloga-widmo i zupełnie się temu nie dziwię.

Nadszedł jednak taki moment w moim życiu, kiedy w końcu przypomniałam sobie, jak bardzo kocham pisać.

Dla siebie i dla innych. Postanowiłam dać sobie szansę i zacząć pracować nad swoim warsztatem pisarskim. Choć cały czas nie opuszczało mnie wrażenie, że znacznie większy zasób słów posiadałam w podstawówce niż obecnie (w tamtych czasach pochłaniałam kilka książek tygodniowo), na nowo zaczęłam pisać (i czytać). Och, jaka czułam się spełniona! Każdorazowo przelane słowa na klawiaturę sprawiały mi ogromną przyjemność… wróciłam na właściwe tory.

W ostatnim czasie pokutuje jednak we mnie poczucie, że nigdy nie ma „tego” momentu, kiedy to jestem wyrobiona ze wszystkim w pełni.

Przez to zaczyna narastać we mnie frustracja. Mam wrażenie, że ilość obowiązków jest niewspółmierna do godzin, jakie liczy doba. Codziennie daję z siebie 100% na każdym polu i czuję się już z tego powodu okropnie wyeksploatowana. Grafik pęka w szwach, kalendarz jest zapisany po brzegi i choć dzięki umiejętności planowania w większości udaje mi się zrealizować zamierzone cele (pamiętając o odpuszczaniu mniej ważnych spraw!) to i tak wieczorem już mówiąc kolokwialnie padam na ryj. Serio. Choćbym chciała, nie jestem w stanie ubrać tego w inne, przyjemniejsze w odbiorze słowa.

Zaczynam się zastanawiać, czy to co robię ma sens i czy właściwie tak życie powinno wyglądać.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jak się ma kredyt hipoteczny na karku i zobowiązanie w postaci dziecka to nie można sobie pozwalać na radykalne posunięcia. A ostatnio tak mi się marzy jakaś zmiana. Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam za monotonią, a ostatnio pomimo kosmicznej różnorodności zadań w ciągu dnia czuję, że się spalam. Że mnie już to wszystko nudzi. Chciałabym więcej niż mam, ale ograniczenia są jakie są i choć staram się dać z siebie czasem nawet i 200% to i tak nie wyrabiam czasowo z obowiązkami ponad miarę.

Intensywnie działam w kreowaniu swojej marki osobistej, inwestuję w siebie i swój rozwój, bo uważam, że sukces na tym polu miałby ogromny wpływ na mnie ambicjonalnie, a przede wszystkim na jakość życia naszej rodziny.

Niestety, po długich tygodniach bicia się z myślami, w końcu pozbyłam się złudzeń i zdałam sobie sprawę, że w pewnym momencie organizm mówi STOP. Musiałabym w ogóle nie spać, żeby móc pogodzić pracę na etacie z rozwojem własnego biznesu, przy tym mając czas dla swojej rodziny, a i od czasu do czasu dla samej siebie. Ale to tak cholernie trudne, żeby przekładać tą świadomość na codzienne decyzje! Tak trudno wybierać między zasłużonym odpoczynkiem i zrobieniem czegoś dla siebie, a planami, marzeniami, aspiracjami, samorozwojem… W końcu dojrzałam emocjonalnie do myśli, że by coś osiągnąć, trzeba zapierdalać. Nie ma półśrodków w dążeniu do celu. Albo robisz coś na stówę, albo wcale. Ja na razie nie mam innej możliwości, jak dążyć półśrodkami i to mnie tak szalenie frustruje. A co to za matka-frustratka?

Moje życie nie jest piękne jak widoki w Lesbos i kolorowe jak Prosecco pite po nagraniu w Warszawie. Mimo to, mam więcej niż inni i jestem za to wdzięczna jak cholera. Ale czy to moja wina, że chcę od życia więcej? Kto by nie chciał?

 i
Mimo to, zdarza mi się zastanawiać, czy moje życie ma sens

 


  1. Kiedy telefon z Radia ZET wciąż nie dzwoni i wciąż nie wygrywam gwarantowanych 17 tysięcy ani nawet weekendu w Świnoujściu.
  2. Kiedy zdaję sobie sprawę, ile kasy w tym miesiącu wydałam na smsy specjalne.
  3. Kiedy Aleks ma po raz trzeci jelitówkę, a ja nie jestem w stanie mu pomóc.
  4. Kiedy siedzę w pracy i wciąż gonię swój własny ogon, a pracy wciąż mi nie ubywa.
  5. Kiedy nasze mieszkanie nigdy nie jest w pełni posprzątane, a Aleks na dokładkę wysypuje paczkę wiórek kokosowych na stół, dywan i kanapę.
  6. Kiedy gołębie wiją sobie gniazdo na naszym balkonie, K. ich nie eksmituje, wykluwają się młode, które są jeszcze takie zupełnie łyse, wciąż ich nie wyrzucamy, a po jakichś 2 miesiącach musimy wydać kupę kasy na eliminację dwucentymetrowej warstwy kupy na tymże balkonie.
  7. Kiedy frank wciąż nie spada do poziomu 2 złotych i zdaję sobie sprawę, że kiedyś może nawet kosztować 10, a my jesteśmy jeszcze w jego sidłach przez „kilka” lat.
  8. Kiedy lata nie ma, albo jest tak beznadziejne jak dziś: zero słońca, 32 stopnie, wilgoć i mega duchota. I ta świadomość, że za miesiąc będzie wrzesień, a wraz z nim nadejdzie jakieś 8 miesięcy jesieni, aż do maja, kiedy to ewentualnie zrobi się jako tako.
  9. Kiedy wraz z tą pogodą moje włosy nijak nie chcą mi się ułożyć i żeby nie wyglądać jak pudel, muszę ciągle chodzić w kitce.
  10. Kiedy po raz już nie zliczę który muszę powtarzać jak katarynka mojemu mężowi, żeby nie rozrzucał swoich ciuchów po całym mieszkaniu i żeby zasuwał drzwi od komandora, bo kiedyś naprawdę szlag jasny mnie trafi, a mimo następnego dnia i tak przeżywam dzień świstaka.

Na szczęście takie sytuacje nie zdarzą się bardzo często, a czarne myśli dość szybko mnie opuszczają. A co tam kupa na balkonie, co tam kolano Aleksa w  moich żebrach, nieważne są wiórki na kanapie – ważne, że mamy siebie, jesteśmy zdrowi i mamy dach nad głową. Powtarzam wtedy sobie, że jeśli o czymś marzę, to mogę to zrobić i zrobię. I tym sposobem o kolejny dzień jestem bliżej swojego celu.

Ufff, wyrzuciłam to z siebie i już mi lepiej. Wy też wyrzućcie. Co Was wkurza najbardziej? Kiedy czujecie się tak maksymalnie najbardziej zrezygnowani, aż tak, że Wam cycki (lub inne części ciała) opadają do samej ziemi? Kiedy Wasze życia tracą sens? Jakie to sytuacje?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *